Gdy ginę w ramionach kochanego mężczyzny cała staję się... spokojem, którym emanuje każda cząstka mojego ciała, każdy nerw, każda myśl. Bezcenne!
I kobiety, i mężczyźni w "tych sprawach" marzą o trzęsieniu ziemi, o czymś niesamowitym, takim naj...naj... W sumie nic dziwnego. W literaturze, która niemal wylała się spod piór różnego autoramentu pisarzy i pisarek, ośmielonych publikacją "Pięćdziesięciu twarzy Grey'a" facet ma być w ciągłej gotowości a kobieta, nie dość że traci rozum na sam jego widok, to jeszcze pozwala się totalnie zniewolić, staje się uległą aż do bólu!
Jak to się ma do przeciętnych: pani i pana Kowalskich? Ano nijak! Po pierwsze przeciętny Kowalski w ciągu dnia jest tak zabiegany, zapracowany, zajęty zarabianiem na chleb, że wieczorem pada na pysk. Podobnie pani Kowalska, która oprócz pracy zawodowej musi jeszcze zająć się domem i dziećmi. O ile, wieczorem się nie pokłócą, bo ktoś znowu o czymś zapomniał, czegoś nie zrobił a przecież obiecał...to...w najlepszym wypadku, zasną w jednym łóżku. O "słodkim wariactwie" każde śni swój własny sen.
Zastanawiające, gdzie jest albo gdzie się zagubiła miłość okazywana każdego dnia w sposób zwyczajny. Ot, buziak na dzień dobry, słodki sms w ciągu dnia, łapka w łapce na spacerze, prosta kolacja z najzwyklejszą rozmową o tym jak minął dzień, o czym oboje Kowalscy marzą - schodzi na dalszy plan! A nawet jeżeli jest, jeżeli jeszcze się tli to ukrywa się ją tak żeby nikt nie miał do niej dostępu. No bo o czym tu mówić, czym się chwalić? A tak na prawdę w tej niby zwyczajności tkwi tajemnica. To czułość, delikatność, przywiązanie, oddanie, uśmiech znaczą więcej niż jednorazowa "ostra jazda".
Zachodzę w głowę, szukając odpowiedzi na pytanie: jak to jest z tą miłością w codziennym życiu? Gdy rzeczywistość, często skrzecząca przytłacza? Gdy wokół piętrzą się problemy, najróżniejsze, z pracą, dziećmi, pieniędzmi? Gdy frustracja rodzi frustrację? Jak w tym zamęcie zachować to co między dwojgiem ludzi piękne? Jak chronić, podsycać, rozpalać uczucia i więzi? Niestety, nie znajduję gotowej recepty. Każdy, komu zależy musi sam szukać sposobów, najczęściej metodą prób i błędów. Pod warunkiem, że obojgu wystarczy sił, chęci i energii do tego żeby zabiegać i dbać o to co najważniejsze...
Przystanek "czterdziestka" nie wziął się znikąd. Delektuję się swoją 40-tką, cieszę dojrzałością, świadomością atutów i zalet, możliwością spełniania marzeń. Piszę ten blog bo pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Będzie w nim o codzienności, zwyczajnie pięknej, o radości czerpanej z drobiazgów, o przeczytanych książkach, o podróżach, o odkrywaniu nowych smaków, miejsc, wrażeń...To jest jak poemat na cześć najpiękniejszego okresu w życiu...
Łączna liczba wyświetleń
poniedziałek, 28 grudnia 2015
środa, 23 grudnia 2015
Wyjątkowych Świąt Bożego Narodzenia
Niech to będą Święta wyjątkowe, takie jak jeszcze nigdy...Niech będzie rodzinnie, radośnie, pięknie...
niedziela, 20 grudnia 2015
Susiec na Roztoczu, zatrzymaj się w biegu!
![]() | |
Rezerwat przyrody nad Tanwią - "Szumy". Fot. B.C. |
środa, 16 grudnia 2015
Telefoniczny monolog...nie mój!
Słyszę dzwonek komórki oznajmiającej, że ktoś chce ze mną rozmawiać...Wyświetla się imię przyjaciela...odbieram bo pewnie potrzebuje pogadać. Już po chwili żałuję, że na ten moment nie dostałam zaćmienia słuchu...Pada pytanie: "co u Ciebie"? Zanim jednak zdążę otworzyć usta żeby opowiedzieć o ciekawym szkoleniu, na którym dzisiaj byłam czy podzielić się myślami...z drugiej strony już płynie potok słów...Cóż, sama jestem sobie winna. Trzeba szybciej otwierać usta. Opowieść o tym jak minął dzień mojemu rozmówcy skutecznie zniechęca mnie do opowiadania o sprawach mnie zajmujących...Gdy już znam historię jednego dnia z życia pana X, pada ponownie pytanie "a co u Ciebie?". Wytrenowana odpowiadam "u mnie wszystko świetnie". No bo cóż, w tej sytuacji, mogę jeszcze dodać?
piątek, 4 grudnia 2015
Kwiaty...liścik i drżenie...
![]() |
Kwiaty imieninowe i bilecik... Fot. B.C. |
niedziela, 8 listopada 2015
Pytasz mnie czym jest miłość?
Miłość dwojga ludzi jest uczuciem prostym a jednocześnie nie ma na świecie nic piękniejszego!
Miłość to:
Miłość to:
- słodycz, którą można smakować bez ograniczeń i bez obawy, że dostanie się mdłości;
- to trudne do nazwania ciepło, zalewające całe ciało pod wpływem dotyku, muśnięcia warg, szeptu...
- to przyśpieszone bicie serca na widok rozjaśnionej w uśmiechu twarzy;
- radość na dźwięk głosu w słuchawce telefonu lub ciepłego spojrzenia w tłumie ludzi;
- to rumieniec i nieśmiałe spojrzenie spod rzęs.
- namiętność i motylki w brzuchu...
- to ciągłe odkrywanie siebie nawzajem;
- obdarowywanie się czułością, uwagą, uśmiechem;
- to ciepło dłoni podczas spaceru;
- to ręka oplatająca w talii...
- to ramiona, w których można się schować i zatrzymać czas...
- szklanka gorącego mleka z miodem gdy dopadnie cię przeziębienie;
- to troska i niepokój...
- cierpliwość i zaufanie;
- to także swoboda...
- i czekanie na powrót, na telefon, rozmowę...
sobota, 7 listopada 2015
Kuszenie Basi...drzwi do lasu i...Bieszczady!
Kuszenie Basi...
takiej treści mmsa otrzymałam kilka dni temu... Zwykła babska ciekawość zwyciężyła...
A oto efekty!
![]() |
W drodze na Połoninę Wetlińską |
![]() |
A oto ja, zdobywczyni Wielkiej Rawki... |
![]() |
W drodze na Małą i Wielką Rawkę |
![]() |
Wędrówka na Połoninę Caryńską...w jesiennym ubranku z liści... |
sobota, 17 października 2015
Winogronowe testowanie
W moim ogrodzie rośnie winogron...Wygląda pięknie a smakuje obłędnie. Dzisiaj mam fazę na przetwarzanie. W słoju dojrzewa już pigwóweczka, na półce w spiżarni stoją słoiczki z pigwą do herbaty. A ja testuję sok z winogron...
Metoda jest prosta, moja Mama w ten sposób przyrządza sok malinowy. Ale po kolei:
Winogron obrałam, umyłam, wrzuciłam do garnka z odrobiną wody na dnie. Zagotowałam. Potrzeba dosłownie kilka minut na wolnym ogniu żeby winogronowe kulki tracąc swój idealny kształt oddały aromat. Odstawiłam na kolejne kilka minut. Odcedziłam sok. Dodałam cukier, znowu na oko, a raczej do smaku. Zagotowałam. Gorącym sokiem napełniłam butelki (miałam kilka po soku Kubuś), odwróciłam do góry dnem żeby się szczelnie zamknęły. Gdy wystygną dołącza do apetycznej kolekcji w spiżarni. Moja córka na pewno się ucieszy gdy wpadnie na chwilę do domu i z pewnością pyszny sok pojedzie razem z nią na drugi koniec Polski. Tak na prawdę nie chodzi tu o sam sok ale bardziej o radość eksperymentowania, o smakowe sprawianie przyjemności sobie i bliskim. To też taka próba zamknięcia w szklanych naczyniach letnich i jesiennych wspomnień...Zimą rozgrzeją, przywołają uśmiech...Mam taką nadzieję...
Metoda jest prosta, moja Mama w ten sposób przyrządza sok malinowy. Ale po kolei:
Winogron obrałam, umyłam, wrzuciłam do garnka z odrobiną wody na dnie. Zagotowałam. Potrzeba dosłownie kilka minut na wolnym ogniu żeby winogronowe kulki tracąc swój idealny kształt oddały aromat. Odstawiłam na kolejne kilka minut. Odcedziłam sok. Dodałam cukier, znowu na oko, a raczej do smaku. Zagotowałam. Gorącym sokiem napełniłam butelki (miałam kilka po soku Kubuś), odwróciłam do góry dnem żeby się szczelnie zamknęły. Gdy wystygną dołącza do apetycznej kolekcji w spiżarni. Moja córka na pewno się ucieszy gdy wpadnie na chwilę do domu i z pewnością pyszny sok pojedzie razem z nią na drugi koniec Polski. Tak na prawdę nie chodzi tu o sam sok ale bardziej o radość eksperymentowania, o smakowe sprawianie przyjemności sobie i bliskim. To też taka próba zamknięcia w szklanych naczyniach letnich i jesiennych wspomnień...Zimą rozgrzeją, przywołają uśmiech...Mam taką nadzieję...
Pigwa czy pigwowiec i jak to się ma do herbaty?
Pewnego dnia dostałam cały koszyk owoców, które cudnym aromatem wypełniły dom... Nazywam je pigwą bo mimo wysiłków nie umiem odróżnić pigwy od pigwowca. Cóż, taka moja mała ułomność... Najważniejsze, że przedmiot pożądania wielu koleżanek znalazł się w mojej kuchni... Zdecydowanie nie jest to wdzięczny owoc do obróbki, wielki pryszcz na palcu przypomina o zmaganiach, ale smaki jakie można z tych twardych owoców wydobyć są warte każdego wysiłku...
Zwykle działam dwutorowo: z owoców bez skazy przyrządzam a'la cytrynkę do herbaty, pozostałe przeznaczam na naleweczkę.
Wersję do herbaty dotychczas przygotowywałam, ot tak, na oko. Owoce, umyte i pozbawione gniazd nasiennych, kroiłam tak jak lubię, w cienkie paseczki. Uwielbiam jak pływają w kubku z herbatą, nie mogę się wtedy oprzeć przed wyławianiem ich łyżeczką by delektować się niepowtarzalnym smakiem... Pigwowe paseczki zasypywałam cukrem, odstawiałam na kilka godzin żeby puściły sok a cukier się rozpuścił, następnie wkładałam do słoiczków i pasteryzowałam w kąpieli wodnej ok 10 minut. Dzisiaj, gdy po raz kolejny podjęłam próbę odróżnienia owoców pigwowca od pigwy, przypadkiem trafiłam na blog: http://kuchniapelnasmakow.blogspot.com gdzie znalazłam konkretne proporcje owoców i cukru, które według autorki wynoszą 3:1 (np. na 900 gram owoców potrzeba 300 gram cukru). Niestety przyzwyczajenie wzięło górę i znowu moja pigwa została przyrządzona na oko! Na moje oko!
Pigwóweczka...napój o wyrazistym smaku, ciepłej barwie i zniewalającym zapachu...Przygotowania zaczynam od zasypania cukrem umytych i pozbawionych gniazd nasiennych owoców, pokrojonych w paski. Na kilogram owoców potrzeba kilogram cukru, chociaż dzisiaj ilość cukru zmniejszyłam do 600 gram. Mam nadzieję wytworzyć bardziej wytrawny napój. Owoce mają się pławić w cukrze 2 tygodnie. Od czasu do czasu trzeba potrząsnąć słojem...Co dalej napiszę w stosownym czasie.
Zwykle działam dwutorowo: z owoców bez skazy przyrządzam a'la cytrynkę do herbaty, pozostałe przeznaczam na naleweczkę.
Wersję do herbaty dotychczas przygotowywałam, ot tak, na oko. Owoce, umyte i pozbawione gniazd nasiennych, kroiłam tak jak lubię, w cienkie paseczki. Uwielbiam jak pływają w kubku z herbatą, nie mogę się wtedy oprzeć przed wyławianiem ich łyżeczką by delektować się niepowtarzalnym smakiem... Pigwowe paseczki zasypywałam cukrem, odstawiałam na kilka godzin żeby puściły sok a cukier się rozpuścił, następnie wkładałam do słoiczków i pasteryzowałam w kąpieli wodnej ok 10 minut. Dzisiaj, gdy po raz kolejny podjęłam próbę odróżnienia owoców pigwowca od pigwy, przypadkiem trafiłam na blog: http://kuchniapelnasmakow.blogspot.com gdzie znalazłam konkretne proporcje owoców i cukru, które według autorki wynoszą 3:1 (np. na 900 gram owoców potrzeba 300 gram cukru). Niestety przyzwyczajenie wzięło górę i znowu moja pigwa została przyrządzona na oko! Na moje oko!
Pigwóweczka...napój o wyrazistym smaku, ciepłej barwie i zniewalającym zapachu...Przygotowania zaczynam od zasypania cukrem umytych i pozbawionych gniazd nasiennych owoców, pokrojonych w paski. Na kilogram owoców potrzeba kilogram cukru, chociaż dzisiaj ilość cukru zmniejszyłam do 600 gram. Mam nadzieję wytworzyć bardziej wytrawny napój. Owoce mają się pławić w cukrze 2 tygodnie. Od czasu do czasu trzeba potrząsnąć słojem...Co dalej napiszę w stosownym czasie.
czwartek, 15 października 2015
Tęsknota...
Według Słownika Języka Polskiego PWN: tęsknota to uczucie żalu wywołane rozłąką z kimś, brakiem lub utratą kogoś albo czegoś.
Cóż...Spodziewałam się po językoznawcach czegoś więcej...Nikt, kto kiedykolwiek doświadczył uczucia tęsknoty, nie określiłby jej w ten sposób...
Moja wersja tej samej definicji, w tłumaczeniu dla zwykłych ludzi (czyli podobnych do mnie) brzmi następująco:
Tęsknota to:
Moja wersja tej samej definicji, w tłumaczeniu dla zwykłych ludzi (czyli podobnych do mnie) brzmi następująco:
Tęsknota to:
- przyśpieszone bicie serca na dźwięk telefonu;
- uśmiech rozjaśniający twarz na dźwięk lekko schrypniętego głosu z rana albo szeptu wieczorem;
- jedno i drugie + szczególny - radosny błysk w oku przy spotkaniu;
- ogólne rozedrganie pod wpływem uścisku dłoni;
- cudowna miękkość w kolanach na wspomnienie delikatności pocałunku;
- chroniczne rozkojarzenie aż do zaniku zdolności odróżniania balsamu do ciała od żelu pod prysznic, kefiru od śmietanki do kawy...itp.
- odruchowe wybieranie jednego tylko numeru w komórce;
- niecierpliwość oczekiwania na głos w słuchawce telefonu, muśnięcie paluszków przy powitaniu, uśmiech....
- .........................................................................................w miejscu kropek jest jeszcze coś, co trudno ubrać w słowa...
środa, 14 października 2015
Rozdrażnienie językowe...
Ledwo ochłonęłam, przetrawiłam i przekonałam samą siebie, że nie warto zgrzytać zębami za każdym razem gdy z ust moich rozmówców wypływa zwrot "to znaczy sie" bo to z całą pewnością nie wpłynie dobrze na stan mojego uzębienia. To znowu szturm na moje uszy i rzeczone uzębienie przypuściły drażniące mnie okrutnie "zaglądnąć" i "oglądnąć". A ja przecież zdecydowanie wolę zaglądać i oglądać...
niedziela, 4 października 2015
Zapach lawendy, książek...i zapomnienia!
Obudziłam się z tęsknotą i pragnieniem w sercu...cóż, życie nie zawsze ułatwia! Lekiem na całe zło świata, na wszystkie smutki, chandry i dołki najróżniejsze zawsze były dla mnie książki. Wyrzut sumienia w postaci czekającej na dokończenie prezentacji ukryłam w zakamarkach pamięci laptopa...Zapadłam się w ulubionym fotelu i odleciałam...na Peljesac, malowniczy "półwysep w południowej części dalmatyńskiego wybrzeża Chorwacji, na północny zachód od Dubrownika"*. Woreczek z lawendą, przywieziony przez koleżankę, właśnie stamtąd, jako pamiątka z podróży, lekko potarty dla uwolnienia aromatu podziałał na wyobraźnię...Zapomniałam o wszystkim, bo razem z bohaterami powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej szukałam wśród lawendy czegoś ważnego, ulotnego, cennego...dla mnie samej.
Agnieszka Lingas-Łoniewska: Szukaj mnie wśród lawendy. T. 1-3. Gdynia 2014
*[przeczytane w Wikipedii]
Dawno temu w ogrodzie posadziłam lawendę z zamiarem wykorzystania jej kwiatu do przyrządzenia nalewki...i jak dotąd jeszcze tego nie zrobiłam...dlaczego? sama nie wiem.
Agnieszka Lingas-Łoniewska: Szukaj mnie wśród lawendy. T. 1-3. Gdynia 2014
*[przeczytane w Wikipedii]
Dawno temu w ogrodzie posadziłam lawendę z zamiarem wykorzystania jej kwiatu do przyrządzenia nalewki...i jak dotąd jeszcze tego nie zrobiłam...dlaczego? sama nie wiem.
poniedziałek, 28 września 2015
Miłość jest jak zamek z piasku...
Miłość jest jak zamek z piasku. Nieustannie trzeba o niego dbać, by nie runął i by nikt nie wszedł w niego butami. Gdy odwrócisz głowę, może zalać go morska fala. Wtedy pozostanie tylko słona morska woda albo słone łzy...Takie słowa przeczytałam na okładce książki Zamek z piasku Magdaleny Witkiewicz, którą już dawno odkryłam dla siebie, i która ciągle mnie zaskakuje trafnością spostrzeżeń. Przeczytałam i się głęboko zadumałam...Zadaję sobie pytanie jak to jest? Z rozmów z różnymi ludźmi wynika, że każdy człowiek, niezależnie od tego czy jest kobietą czy mężczyzną, czy ma lat 30, 50 czy 70 potrzebuje miłości, ciepła, czułości, uwagi...każdy, bez wyjątku, jest przekonany, że życie bez miłości traci smak...to jednak, jakby na złość, każdego dnia to co najważniejsze, zostaje zepchnięte na dalszy plan, odłożone na później...no bo przecież praca, jedna, druga, wyścig po kasę...nie mogą czekać! Zachodzę w głowę, jak w tym codziennym zamęcie, w tej pogoni za nie wiadomo czym, zachować złoty środek...jak nie przekroczyć delikatnej granicy pomiędzy uczuciem a obojętnością...czułością a rutyną...miłością a przyzwyczajeniem...Z pomocą przychodzi mi Boy-Żeleński ze swoim słynnym ..bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz...patrzeć i iść razem w tym samym kierunku...Hmmm...niby takie proste a jednak...
niedziela, 27 września 2015
W deszczu...o kierowcach
Od rana padał deszcz...nie wzięłam parasola...stałam przed przejściem dla pieszych, mokłam coraz bardziej a sznur rozpędzonych samochodów sunął przed siebie...żadnemu z kierowców nawet nie przyszło do głowy pozwolić mi przejść na drugą stronę...w końcu to nie im lało się na głowę...nie byłam na tyle zdesperowana żeby rzucać się pod koła nadjężdżającego auta by w ten sposób zmusić kierowcę do zatrzymania się...choć przyznaję kusiło mnie...Panowie i Panie, zastanawiam się jak zdobyliście prawo jazdy?
wtorek, 8 września 2015
O pierogach z kaszą jaglaną i miętą na słodko
Takie pierogi, opiekane, pachnące miętą jadłam na festynie "W krainie pierogów" w Bychawie. Zachwyciłam się ich smakiem do tego stopnia, że postanowiłam spróbować je przyrządzić w warunkach domowych. Okazało się, że ich smak, jeszcze z dzieciństwa, pamięta moja Mama. Wspólnie zabrałyśmy się do ich przyrządzania. Mięta, jeszcze niedawno zerwana w ogrodzie, wysuszona na słońcu, czekała na tę chwilę...ale po kolei:
Ja podaję je gorące, prosto z wody z jogurtem naturalnym i ewentualnie listkiem świeżej mięty. Jeszcze parują i są przepyszne po prostu. Zapraszam na degustację!
- 1 szkl. maszy jaglanej, opłukać w zimnej wodzie, wsypać do gotującego mleka, dodać trochę cukru waniliowego i szczyptę soli, po czym, ciągle mieszając doprowadzić do momentu aż kasza wypije mleko, następnie starym zwyczajem otulić garnek ciepłym kocem i pozwolić się kaszy "powylegiwać" trochę;
- przygotować farsz: kaszę, ser biały, pokruszoną miętę, ewentualnie trochę cukru do smaku, dokładnie wymieszać;
- zagnieść ciasto, ulepić i ugotować pierogi
Ja podaję je gorące, prosto z wody z jogurtem naturalnym i ewentualnie listkiem świeżej mięty. Jeszcze parują i są przepyszne po prostu. Zapraszam na degustację!
niedziela, 23 sierpnia 2015
Jest takie miejsce...
Błękit skąpanej w słońcu tafli jeziora...kojąca zieleń lasu...gorący piasek niewielkiej plaży...kajaki i romantyczna łódka, zacumowane u brzegu...cisza przetykana westchnieniami przyrody...W takim miejscu bez trudu można usłyszeć własne myśli, uporządkować, poukładać, przywrócić właściwe proporcje, wszystkiemu co w zamęcie codzienności owe proporcje straciło...Dom nad Gaładusią: https://www.facebook.com/pages/Dom-nad-Ga%C5%82adusi%C4%85-Agroturystyka-Burbiszki/165649383501893 na Suwalszczyźnie, kilka kilometrów od Sejn, na granicy polsko-litewskiej.To jest to miejsce...
Fot. JP
Zapatrzona w dal...porządkuję, układam... |
Fot. JP
środa, 5 sierpnia 2015
Urlop mi się marzy...
Marzy mi się... choć kilka dni na odludziu...ze ścianą lasu za plecami, błękitnym lustrem wody przed oczami...piaskiem zapraszającym do poleżenia, wodą nagrzaną słońcem, zachecającą do kąpieli przy blasku księżyca...Tylko gdzie takie miejsce jest?
czwartek, 30 lipca 2015
Drobiazgi
Drobiazgi w postaci: miłych gestów, drobnych czynności, zdarzeń, słów, uśmiechów...szarość dnia zamieniają w kolorowy wachlarz...stanowią treść życia, dodają barw a codzienności nadają smaku...
czwartek, 23 lipca 2015
Jabłoń, odmiana przez przypadki. Rzecz o poszukiwaniu centrum świata na lubelskiej prowincji!
Dopełniacz (kogo?
czego?) Jabłonia
Celownik
(Komu Czemu? ) Jabłoniowi
Biernik
(kogo?co?) Jabłoń
Narzędnik
(z kim? z czym?) z Jabłoniem
Miejscownik
(o kim? o czym?) o Jabłoniu
Wołacz (o!)
Jabłoń!
Śpieszę z wyjaśnieniem, że na lekcjach języka polskiego uważałam, odmianę rzeczowników przez przypadki opanowałam celująco. Myślę, że moje polonistki, zarówno z podstawówki jak i liceum bez oporów poświadczą moją wiedzę w tym zakresie. Jabłoń, o którym piszę to nie jest drzewo owocowe chociaż powiązania z drzewem ma! Ten Jabłoń, w odróżnieniu od tej jabłoni, jest nazwą miejscowości, będącej siedzibą gminy, w województwie lubelskim, powiecie parczewskim. Początek mojej fascynacji Jabłoniem przypada na dzień 13 maja 2015 r. W tym dniu uczestniczyłam w Forum Bibliotekarzy, organizowanym przez WBP im. H. Łopacińskiego w Lublinie.Tam obejrzałam prezentację z komentarzem Dariusza Łobejko, wójta gminy Jabłoń. Pamiętam jak z każdym słowem "faceta w garniturze" (tak na swój własny użytek nazwałam pana wójta bo zwyczajnie nie dosłyszałam nazwiska) szczęka mi opadała coraz niżej z...niedowierzania, zachwytu i...zazdrości. Bo oto, w sercu niewielkiej (niespełna 5 tys. mieszkańców) gminy zobaczyłam centrum świata - trzykondygnacyjny budynek, z przestrzenią dla szeroko pojętej działalności kulturalnej, zaaranżowaną, nie dość że gustownie i ze smakiem, to jeszcze nowocześnie i funkcjonalnie. Od razu chciałam jechać do Jabłonia żeby na miejscu skonfrontować opowieść z rzeczywistością...Oczywiście nie omieszkałam swojego pragnienia publicznie wypowiedzieć. Trochę to trwało nim okazja sama się nadarzyła. Powiatowa Biblioteka Publiczna w Lublinie zaprosiła bibliotekarzy, w tym mnie, na wizytę roboczą właśnie do Jabłonia! Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej niebezpieczna dla mojej szczęki, która znowu niebezpiecznie zaczynała opadać...z wrażenia, rzecz jasna! A pana wójta zwyczajnie nie poznałam, w dżinsach, z pourlopową opalenizną, wyglądał jak młody chłopak czy zwykły czytelnik, który wpadł do biblioteki po książkę a nie jak najwyższa władza w gminie! I tylko energia pozostała niezmienna! A jabłoń, jako drzewo owocowe, pojawiała się w różnych okolicznościach, pod różną postacią, nawet w wyglądzie krzeseł... Do Jabłonia warto "zabłądzić", zajrzeć do "centrum świata" czyli Gminnej Biblioteki Publicznej; poszukać śladów bytności rodu Zamoyskich, a zwłaszcza Augusta Zamoyskiego, znanego rzeźbiarza; w miejscowym muzeum posłuchać barwnych opowieści pani Basi, kustosza muzeum, która o historii Jabłonia wie wszystko; pospacerować po miejscowości, w której czas zdecydowanie nieco wolniej płynie, a przy okazji uciąć sobie miłą pogawędkę z przesympatycznym i bardzo kontaktowym gospodarzem gminy.
Śpieszę z wyjaśnieniem, że na lekcjach języka polskiego uważałam, odmianę rzeczowników przez przypadki opanowałam celująco. Myślę, że moje polonistki, zarówno z podstawówki jak i liceum bez oporów poświadczą moją wiedzę w tym zakresie. Jabłoń, o którym piszę to nie jest drzewo owocowe chociaż powiązania z drzewem ma! Ten Jabłoń, w odróżnieniu od tej jabłoni, jest nazwą miejscowości, będącej siedzibą gminy, w województwie lubelskim, powiecie parczewskim. Początek mojej fascynacji Jabłoniem przypada na dzień 13 maja 2015 r. W tym dniu uczestniczyłam w Forum Bibliotekarzy, organizowanym przez WBP im. H. Łopacińskiego w Lublinie.Tam obejrzałam prezentację z komentarzem Dariusza Łobejko, wójta gminy Jabłoń. Pamiętam jak z każdym słowem "faceta w garniturze" (tak na swój własny użytek nazwałam pana wójta bo zwyczajnie nie dosłyszałam nazwiska) szczęka mi opadała coraz niżej z...niedowierzania, zachwytu i...zazdrości. Bo oto, w sercu niewielkiej (niespełna 5 tys. mieszkańców) gminy zobaczyłam centrum świata - trzykondygnacyjny budynek, z przestrzenią dla szeroko pojętej działalności kulturalnej, zaaranżowaną, nie dość że gustownie i ze smakiem, to jeszcze nowocześnie i funkcjonalnie. Od razu chciałam jechać do Jabłonia żeby na miejscu skonfrontować opowieść z rzeczywistością...Oczywiście nie omieszkałam swojego pragnienia publicznie wypowiedzieć. Trochę to trwało nim okazja sama się nadarzyła. Powiatowa Biblioteka Publiczna w Lublinie zaprosiła bibliotekarzy, w tym mnie, na wizytę roboczą właśnie do Jabłonia! Rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej niebezpieczna dla mojej szczęki, która znowu niebezpiecznie zaczynała opadać...z wrażenia, rzecz jasna! A pana wójta zwyczajnie nie poznałam, w dżinsach, z pourlopową opalenizną, wyglądał jak młody chłopak czy zwykły czytelnik, który wpadł do biblioteki po książkę a nie jak najwyższa władza w gminie! I tylko energia pozostała niezmienna! A jabłoń, jako drzewo owocowe, pojawiała się w różnych okolicznościach, pod różną postacią, nawet w wyglądzie krzeseł... Do Jabłonia warto "zabłądzić", zajrzeć do "centrum świata" czyli Gminnej Biblioteki Publicznej; poszukać śladów bytności rodu Zamoyskich, a zwłaszcza Augusta Zamoyskiego, znanego rzeźbiarza; w miejscowym muzeum posłuchać barwnych opowieści pani Basi, kustosza muzeum, która o historii Jabłonia wie wszystko; pospacerować po miejscowości, w której czas zdecydowanie nieco wolniej płynie, a przy okazji uciąć sobie miłą pogawędkę z przesympatycznym i bardzo kontaktowym gospodarzem gminy.
sobota, 11 lipca 2015
Życzliwość uskrzydla
Wstałam z bólem głowy
rozsadzającym czaszkę. Siłą woli zmusiłam się do działania, no bo przecież
jest sobota, wolny dzień, trzeba, choćby nie wiem co zacząć nadrabiać domowe zaległości, nagromadzone w ciągu minionego tygodnia. Zaczęłam od zakupów...Gdy
wyszłam ze sklepu z siatami pełnymi różności okazało się, że mam
problem...kapeć... Telefon do syna - głuchy, kto by o 10 rano
odbierał...parking szczelnie wypełniony autami... nawet nie bardzo było jak
rozłożyć lewarek...Machnęłam ręką, poszłam dokończyć zakupy...gdy
wróciłam parking opustoszał nieco...Zrezygnowana zaczęłam wyciągać z
bagażnika potrzebne rzeczy...co niektórzy popatrzyli na .sierotkę z
kluczem do kół w ręku i...szli dalej...nikt jakoś nie rzucał się na
pomoc...ech! Świat, zwłaszcza ten męski, schodzi na psy, pomyślałam i zabrałam się do
pracy...Podszedł pan z ochrony, ubrany w białą koszulę, krawat i spodnie w
kancik...przyniósł rękawice...i pomógł...ot tak, choć wcale nie musiał! Odetchnęłam z ulgą...mimo że
sama potrafię zmienić koło... Moja poranna niedyspozycja gdzieś się
ulotniła, zapewne przepędzona uśmiechem i zwykłą ludzką życzliwością, humor wrócił wraz z energią do działania... Dzięki temu zdarzeniu odkryłam ciekawą prawidłowość...I to jest właśnie
ta prawidłowość zawarta w tytule...otóż okazuje się, że życzliwość ludzi wokół dodaje mi
skrzydeł! Wtedy już nawet człowieczek, który autem marki Fiat 126 p koniecznie chciał zaparkować tuż obok, nie był w stanie popsuć mi humoru. Nie obeszło mnie nic a nic to, że ów jegomość nerwowo naciskał klakson bo przeszkadzały mu moja osoba i akcesoria niezbędne przy zmianie koła, mimo że dwa stanowiska dalej było aż dwa wolne miejsca parkingowe. Za to kłaniam się nisko Panu z ochrony Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Bychawie, który pracował w sobotę 27 czerwca 2015 r.! A Dyrekcji firmy i szefowi ochrony gratuluję doboru pracowników.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Zaskoczona brakiem uprzejmości w Jakubowej Izbie
Żeby talerz z gotową do spożycia potrawą mógł stanąć przed kimkolwiek, klientem restauracji, domownikiem, potrzeba czasu...wiem to i rozumiem...Nie mieści mi się w głowie natomiast fakt, że w restauracji - nie byle jakiej bo rekomendowanej przez miesięcznik Forbes jako "Najlepsza karczma w Polsce 2013 r." - na szklaneczkę napoju chłodzącego trzeba czekać pół godziny (z zegarkiem w ręku). Ale po kolei...5 lipca 2015 r. w niedzielę podróżowaliśmy we troje, ponad 30 stopniowy upał nie był w stanie popsuć nam humorów. Tylko głośne burczenie dające się słyszeć z różnych części auta przypominało, że czas się zatrzymać na popas...Na trasie Warszawa-Lublin, przed Rykami jest miejscowość o nazwie Niwa Babicka, a tam swojska karczma Jakubowa Izba ... Mieliśmy dobre wspomnienia z tego miejsca. Przed rokiem, dwukrotnie zatrzymywaliśmy się tutaj na posiłki, raz na śniadanie a innym razem na kolację. Swojskie wnętrza, przemiła obsługa i smaczne jedzenie utkwiły w pamięci. Do takich miejsc chętnie się wraca...Tym razem to nie był ani udany ani tym bardziej miły powrót...Kelnerka bardzo się o to postarała. Zamówiłam grilowaną pierś kurczaka, ziemniaczki opiekane, mizerię i perłowy napój. Kelnerka zaprosiła mnie do skorzystania z barku sałatkowego, twierdząc że tam też znajdę mizerię. Kolega wybrał z karty karkówkę grilowaną w sosie borowikowym i zsiadłe mleko; koleżanka tylko zsiadłe mleko, najwidoczniej nie była głodna...Dopiero później okazało się, że miała nosa! Po kilku minutach ta sama kelnerka przyniosła sztućce w koszyku i talerzyk dla mnie na mizerię, gestem wskazała barek sałatkowy. Udałam się we wskazanym kierunku dzierżąc w dłoniach talerzyk...moim oczom ukazał się żałosny widok, w lodówce, na dnie jednego z bemarów (pojemników na sałatki), w którym sądząc po śmietanowym płynie na dnie powinna być mizeria na próżno szukałam plastrów ogórka...inne bemary z resztkami kapusty niemal wołały "umyj i napełnij mnie!". Po jakimś czasie owe błagania dotarły również do obsługi. Wróciłam nieco zirytowana do stolika. Seria dowcipów, opowiedzianych na przemian przez Dorotę i Roberta, rozpędziła na cztery wiatry drobne rozdrażnienie. Postanowiłam zamienić mizerię na bukiet warzyw. Sporo czasu upłynęło zanim coś zaczęło się dziać wokół naszego stolika...Inna kelnerka przyniosła zamówione przez naszą trójkę dania... Najwidoczniej miałam kulinarnego pecha...zamiast grilowanej piersi, przyniesiono mi panierowaną...zaprotestowałam, więc pani bez słowa zabrała danie...Tym razem niemal błyskawicznie, jak spod ziemi, tuż przede mną wyrosła kelnerka przyjmująca zamówienie, z kamienną twarzą i świętym oburzeniem w głosie powiadomiła mnie, że zamówiłam pierś panierowaną bo ona tak usłyszała...a jak chcę grilowaną to będę musiała poczekać 20 minut. W takim razie trudno, zjem pierś panierowaną, powiedziałam. Nie jestem przecież człowiekiem konfliktowym i nie będę dziewczynie robiła kłopotu no bo co ona zrobi z tym daniem? Równie błyskawicznie i bez słowa, (a jakże! taki widać styl kelnerski!), talerz z nieszczęsną piersią wylądował przede mną... i tylko do pleców kelnerki zdążyłam wymamrotać ironiczne, "dziękuję i przepraszam" zaś pytanie "a co z zamówionym napojem? " zawisło gdzieś pod sufitem... Minęło kolejnych kilka minut zanim napełniona szklanka wylądowała, bynajmniej nie przede mną, tylko na środku stołu...Znowu bez słowa...Generalnie jestem spokojnym człowiekiem, nie robię problemów dla zabawy, nie czepiam się, staram się brać poprawkę na zwykłe ludzkie zmęczenie. Fakt, w tym dniu klientów było sporo a więc i obsługa miała prawo być zmęczona. A mnie zachciało się wraz z przyjaciółmi miło spędzić czas w wyjątkowym miejscu, posilić się, ugasić pragnienie i na koniec zostawić pieniądze...Zapewniam, że nie będziemy się więcej naprzykrzać, w najbliższym czasie nawet siłą nie damy się tam zaciągnąć...A szkoda! Moi przyjaciele zgodnie orzekli, że pomijając cała resztę przynajmniej zsiadłe mleko było pyszne ( 4 zł. za filiżankę), niemal jak u babci na wsi. Z żalem stwierdzam, że ja go nie próbowałam więc mnie pozostał niesmak związany z bylejakością obsługi.
sobota, 27 czerwca 2015
Zastanawiające...
Jak to jest? Gdy jestem radosna, uśmiechnięta, otwarta na innych, gotowa parzyć kawę, słuchać zwierzeń, wspierać, pocieszać, pomagać...wokół jest cała masa ludzi...Gdy zaś to mnie dopada chandra i smutek stoi u drzwi...nagle wokół robi się pusto! Zastanawiające...
sobota, 20 czerwca 2015
O Jasiu Wędrowniczku, kelnerze jak marzenie i konkurencji smaków słów kilka
Słabość do męskiej obsługi kelnerskiej w restauracjach mam od dawna. Nie bez powodu...ale o tym później. O wiele dłużej trwa moja fascynacja literaturą! Chociaż do Konopnickiej szczególną sympatią nigdy nie pałałam aż do...pewnego czerwcowego dnia! Mam za to szczególne upodobanie do próbowania regionalnych smaków miejsca, do którego trafiam. W ostatni weekend, z sympatycznym towarzystwem zawędrowałam do Rymanowa na Podkarpaciu, a konkretnie do zajazdu o literackiej nazwie Jaś Wędrowniczek. Lubię chłopczynę bo i mnie samej nierzadko "...dziwnie ciasne się zdawały bielonego domku ściany..." i jak on często powtarzam sobie "Wiem co zrobię! Podróżnikiem będę sobie!". Ilekroć nadarza się okazja pakuję torbę i w drogę... A w podróży, wiadomo, jeść czasem też trzeba. Wiadomo też, że z wiekiem człowiek robi się wygodny więc żeby się posilić wstępuje do restauracji, rozsiada się wygodnie i czeka aż go obsłużą... Pojawił się bezszelestnie...sprężysty, wyprostowany, z twarzą o uprzejmym i zarazem nieprzeniknionym wyrazie twarzy, odziany w twarzowy uniform. Mój towarzysz zagadnął o smaki regionalne a konkretnie o żur na zakwasie, o którym mówiono nam już wcześniej, że jest potrawą regionalną. KELNER zdawał się nie słyszeć naszych tęsknot za żurem...zaproponował...flaki. Moja reakcja była natychmiastowa. Negatywna rzecz jasna. Inaczej być nie mogło. Nie omieszkałam głośno wypowiedzieć prawdy oczywistej: jeżeli flaki to tylko lubelskie! Dyskretnie spiorunował mnie wzrokiem. Po czym, podjął rzuconą rękawicę...niemal natychmiast pojawiły się przed nami miseczki pełne flaków, parujących, rozsiewających wokół grzybowy aromat...gdy lekko zaskoczeni wpatrywaliśmy się w wyrazistą barwę dania, ON pojawił się znowu, dzierżąc w dłoniach...o rany! przeraziłam się nie na żarty! kij do bejsbola (?) Czyżby to miał być argument przemawiający za wyższością flaków rymanowskich nad lubelskimi...uff, to tylko moja wyobraźnia płata mi figle, narzędzie twardych argumentów okazało się młynkiem... do pieprzu. "Państwo pozwolą?" - usłyszeliśmy...po czym drobinki pieprzu mielonego, z nadzwyczajną gracją, na naszych oczach trafiły do zupy...Zaintrygowana zaczerpnęłam łyżką odrobinę, smakując z ciekawością ale i obawą...potem jeszcze raz i jeszcze...zaskoczył mnie wyczuwalny aromat grzybów, zachwyciła pozorna delikatność smaku, który z każdą kolejną łyżką podnoszoną do ust stawał się intensywny, wyrazisty, doskonały! Przez krótką chwilę toczyłam wewnętrzną walkę pomiędzy "kulinarnym patriotyzmem" a rozkoszą podniebienia! Na dźwięk niewinnego pytania: "czy smakowało?" poderwałam się z miejsca, uścisnęłam dłoń KELNERA i rozpłynęłam w zachwytach nad wyjątkowością smaku...w zamian spłynął na mnie uśmiech pod tytułem "a nie mówiłem". Po czym zostałam przedstawiona rodzinie właściciela restauracji i poproszona o powtórzenie poematu na cześć rymanowskich flaków, co ku zadowoleniu wszystkich uczyniłam... Rozsmakowaliśmy się jeszcze w króliczych wątróbkach na sosie jabłkowym z calvadosem, pierogach o różnych smakach, podanych z różnymi sosami...Ucztę zakończyliśmy czekoladową rozpustą, ciasto brownie i mrożona kawa... Nie bez powodu KELNER jest wyróżniony wielkimi literami. Standardy obsługi klientów ciągle zmieniają się na lepsze, i dobrze. Jednak, z tak wyjątkową obsługą, spotkałam się po raz pierwszy...KELNER nadzwyczaj taktownie i z klasą pełnił honory domu. Jakby czytał w naszych myślach. Pojawiał się ilekroć był potrzebny, gotów spełniać nasze życzenia, niezwykle pomocny przy wyborze dań... Takim subtelnym, nienarzucającym się sposobem zachowania, kulturą i czymś trudnym do zdefiniowania w zachowaniu, o sprawności w działaniu nie wspominając, sprawił, że czuliśmy się jak w gościnie u dawno niewidzianych przyjaciół. Pewnie dlatego zabawiliśmy tam trochę dłużej niż planowaliśmy...Bo też i miejsce o wyjątkowym klimacie zachęca do przebywania, odwiedzania...widać, że gospodarze dbają o każdy szczegół...I co równie ważne ceny przyzwoite. Gorąco polecam: restauracja/hotel Jaś Wędrowniczek, Rymanów; http://jas-wedrowniczek.pl/
I jeszcze słowo wyjaśnienia: w tekście wykorzystałam fragmenty wiersza Marii Konopnickiej "O Jasiu Wędrowniczku".
I jeszcze słowo wyjaśnienia: w tekście wykorzystałam fragmenty wiersza Marii Konopnickiej "O Jasiu Wędrowniczku".
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Tajemnice kryształowej karafki
Kryształowa karafka, a w niej złoty płyn...rozlany do kieliszków wydziela przyjemny aromat...rzadko kto potrafi go zidentyfikować. A gdy wymieniam główny składnik każdy kręci głową z niedowierzaniem, że ze zwykłego "bzioku"...ups! z czarnego bzu można zrobić coś tak pysznego! Pomysł wraz z próbką napoju przyniósł kiedyś nasz regionalny Król Nalewek, pan Wiesiek! No i się porobiło! Zaraził mnie i jeszcze parę innych osób pasją wytwarzania... próbowania...ulepszania... smakowania! Początkowo testowaliśmy co tylko się dało! Teraz nieco zbastowaliśmy bo to jednak dość kosztowne hobby. Każdy przygotowuje coś extra, co najbardziej urzeka jego własne podniebienie... Tę konkretną nalewkę przygotowuję ze względu na jej nieocenione walory zdrowotne, na przeziębienie jest po prostu idealna! Kieliszeczek przed snem działa lepiej niż niejeden medykament. Przyrządza się ją najczęściej w czerwcu bo wtedy kwitnie czarny bez...z nadejściem jesiennych chłodów w spiżarni czeka gotowe lekarstwo!
Oto przepis na nalewkę z kwiatu czarnego bzu:
50 kiści (baldaszków) kwiatu czarnego bzu, zerwanych w okresie kwitnienia, w pogodny dzień, np. taki jak dzisiaj
trzy cytryny, w tym dwie dobrze wyszorować i pokroić w plastry; jedną obrać ze skórki i również pokroić w plastry.
Przygotować syrop z 1,5 litra wody i 1 kg cukru, wystudzić
Kwiaty pozbawione łodyg włożyć do słoja, przekładając je plastrami cytryn. Zalać zimnym syropem. Odstawić na 2-3 dni w chłodne miejsce. Następnie sok zlać filtrując przez gazę, dodać 1 litr spirytusu, sok z trzech limonek. Głębię smaku tego wyjątkowego trunku uzyskuje się dzięki dodaniu startego korzenia arcydzięgla w proporcjach: pół łyżeczki na litr nalewki. Odstawić na miesiąc, co jakiś czas wstrząsając słojem. Po czasie wstrząsów odstawić jeszcze na miesiąc żeby nalewka się "uspokoiła" czyli sklarowała. Po czym odcedzić znad osadu, osad przefiltrować przez bibułkę...ja używam zwykłego ręcznika papierowego...i połączyć z nalewką. Tak przygotowana powinna dojrzewać przez kolejny miesiąc...ale jak każda nalewka im starsza tym lepsza...!
Oto przepis na nalewkę z kwiatu czarnego bzu:
50 kiści (baldaszków) kwiatu czarnego bzu, zerwanych w okresie kwitnienia, w pogodny dzień, np. taki jak dzisiaj
trzy cytryny, w tym dwie dobrze wyszorować i pokroić w plastry; jedną obrać ze skórki i również pokroić w plastry.
Przygotować syrop z 1,5 litra wody i 1 kg cukru, wystudzić
Kwiaty pozbawione łodyg włożyć do słoja, przekładając je plastrami cytryn. Zalać zimnym syropem. Odstawić na 2-3 dni w chłodne miejsce. Następnie sok zlać filtrując przez gazę, dodać 1 litr spirytusu, sok z trzech limonek. Głębię smaku tego wyjątkowego trunku uzyskuje się dzięki dodaniu startego korzenia arcydzięgla w proporcjach: pół łyżeczki na litr nalewki. Odstawić na miesiąc, co jakiś czas wstrząsając słojem. Po czasie wstrząsów odstawić jeszcze na miesiąc żeby nalewka się "uspokoiła" czyli sklarowała. Po czym odcedzić znad osadu, osad przefiltrować przez bibułkę...ja używam zwykłego ręcznika papierowego...i połączyć z nalewką. Tak przygotowana powinna dojrzewać przez kolejny miesiąc...ale jak każda nalewka im starsza tym lepsza...!
wtorek, 2 czerwca 2015
Chłodnik...
Kolejny raz zajrzałam do stosunkowo nowej, na mapie Lublina, restauracji o swojskiej nazwie "Od kuchni". Byłam głodna jak wilk, zamówiłam policzki wołowe, mój towarzysz tylko chłodnik... Po chwili, przy naszym stoliku pojawił się szef kuchni by namówić również mnie na chłodnik, twierdząc, że koniecznie powinnam spróbować bo udał mu się tak, że aż sam jest zdziwiony... To była pierwsza dobra decyzja podjęta przeze mnie tego dnia... Chłodnik marzenie, chłodnik poezja smaku...aż gęsty od warzyw. Były tam soczyste pomidory, odrobina zielonego ogórka, rzodkiewka pokrojona w zgrabne paseczki i mnóstwo zieleniny: szczypiorek, natka pietruszki, koperek...z wyrazistą choć delikatną nutą czegoś ostrego... Moje osobiste próby przyrządzania chłodnika, podejmowane podczas ubiegłorocznych wakacji, zakończyły się...delikatnie mówiąc...lekkim grymasem na twarzach domowników. Teraz znowu wróciła mi ochota na "wariacje na temat chłodnika". Może ktoś mi w tym pomoże, podpowie, podzieli się doświadczeniem? Będę wdzięczna!
sobota, 30 maja 2015
Literacki "schabik" do chleba lub na obiad...
Katarzynę Enerlich uwielbiam i czytam namiętnie! Znajduję w jej książkach kulinarne smaki, które z przyjemnością testuję. Na ogół owe eksperymenty kończą się sukcesem...
W "Prowincji pełnej gwiazd" znalazłam taki oto przepis: ...trzeba kupić półtorakilowy kawałek schabu i wrzucić do dwóch litrów wrzącej wody. Wodę najpierw przyprawić - dwoma łyżkami soli i pieprzem, niektórzy dodają majeranek i czosnek. Trzeba gotować ten schab pięć minut i zostawić w wodzie do całkowitego wystygnięcia. A potem, gdy już wystygnie, doprowadzić do wrzenia i gotować dwie minuty. Wyłączyć. Potrzymać, aż przestygnie i wyciągnąć. I to wszystko, całą kulinarna filozofia! Schab ma smak lekkiej pieczeni, jest wilgotny i delikatny w smaku. Można go pokroić w plastry i polać sosem lub robić z nim kanapki...[Katarzyna Enerlich: Prowincja pełna gwiazd. Warszawa, Wydawnictwo MG, 2010, s. 176.]
Zainspirowana lekturą i poinstruowana przez przyjaciółkę, przystąpiłam do działania:
Katarzyna Enerlich: Prowincja pełna gwiazd. Warszawa, Wydawnictwo MG, 2010
W "Prowincji pełnej gwiazd" znalazłam taki oto przepis: ...trzeba kupić półtorakilowy kawałek schabu i wrzucić do dwóch litrów wrzącej wody. Wodę najpierw przyprawić - dwoma łyżkami soli i pieprzem, niektórzy dodają majeranek i czosnek. Trzeba gotować ten schab pięć minut i zostawić w wodzie do całkowitego wystygnięcia. A potem, gdy już wystygnie, doprowadzić do wrzenia i gotować dwie minuty. Wyłączyć. Potrzymać, aż przestygnie i wyciągnąć. I to wszystko, całą kulinarna filozofia! Schab ma smak lekkiej pieczeni, jest wilgotny i delikatny w smaku. Można go pokroić w plastry i polać sosem lub robić z nim kanapki...[Katarzyna Enerlich: Prowincja pełna gwiazd. Warszawa, Wydawnictwo MG, 2010, s. 176.]
Zainspirowana lekturą i poinstruowana przez przyjaciółkę, przystąpiłam do działania:
Soczysty schab gotowany w
przyprawach…
Kupiłam 2 kg schabu
Do garnka nalałam/wrzuciłam:
2 litry wody
0,5 szklanki
mieszanki złożonej z soli i 1 łyżki vegety
po 0,5
łyżeczki: pieprzu ziołowego i pieprzu
prawdziwego
po 1
łyżeczce: majeranku, ziół prowansalskich i kolendry
1 łyżka
cukru
listek laurowy
kilka ziaren ziela angielskiego
4 duże ząbki
czosnku pokrojone w plasterki
3 łyżki
majonezu rozmieszane z niewielką ilością wody
Wszystko
razem zagotowałam; do wrzątku włożyłam schab, gotowałam 1 godzinę na wolnym ogniu. Po czym
zestawiłam z ognia i pozostawiłam mięso w wodzie do przestygnięcia. Wtedy
wyjęłam mięso, zawinęłam w pergamin i folię. Wstawiłam do lodówki.
Tak
przygotowane mięsko pokrojone w grube plastry, w wersji na ciepło, np. polane sosikiem jest idealną sztuką mięsa do obiadu. Na zimno
zaś jest pyszną wędliną do kanapek o niebo lepszą, delikatniejszą i przede
wszystkim zdrowszą od tych kupowanych w sklepie nafaszerowanych…czym? - aż się boję myśleć.
W podobny
sposób można przyrządzić inne mięsa, np. karkówkę, szynkę a także pierś
kurczaka lub indyka. W przypadku drobiu czas gotowania należy skrócić o połowę.
Ps. Jako rekomendacja niech posłuży fakt, że zanim się zabrałam do sfotografowania kulinarnego eksperymentu...nie było już co fotografować...schabik zniknął w żołądkach domowników...Nawet mój syn, kulinarnie bardzo wybredny, zachwycił się jego smakiem...
W zamian wklejam okładkę książki, której lektura była dla mnie impulsem do kulinarnych wariacji na temat schabu...
Katarzyna Enerlich: Prowincja pełna gwiazd. Warszawa, Wydawnictwo MG, 2010
piątek, 22 maja 2015
Plastry...na odchudzanie
Letnia sukienka, śliczna, w kolorach takich jak lubię...nie chce się zapiąć! Co z tego, że wartości kobiety nie mierzy się ani w centymetrach ani tym bardziej w kilogramach? Nie zmienia to faktu, że kochanego ciałka jest jakby ciut za dużo. Co robić? Hmmm...zachodzę w głowę! Pewien lekarz, poradził swojej pacjentce aby ta zainwestowała w plastry...zwykłe, dostępne praktycznie wszędzie, w aptece, supermarkecie, kiosku itp. Plastrami powinna zaklejać buzię ilekroć poczuje głód. Efekt gwarantowany! Tak na prawdę to nie wiem czy historia jest prawdziwa czy to tylko żart napisany przez życie. Cóż, osobiście rozważam i taką możliwość...no bo lato tuż tuż a ja wylewam się z sukienki!
czwartek, 14 maja 2015
Codziennie budzę się piękniejsza ale dzisiaj to już przesadziłam!

poniedziałek, 4 maja 2015
Wzór matematyczny na idealną kochankę
Janusz Wiśniewski w rozmowach z Małgorzatą Domagalik, zebranych w książce 188 dni i nocy (Warszawa, 2008) formułuje wzór matematyczny na idealny wiek kochanki...Połowa wieku mężczyzny plus siedem... Po nader skomplikowanych obliczeniach wyszło mi, że byłabym idealną kochanką dla...blisko 80-latka. Pomijając ten smutny - (przy założeniu, że chciałabym taką rolę pełnić) - dla mnie fakt, jest to lektura inspirująca do przemyśleń nad niektórymi aspektami własnego życia...
sobota, 2 maja 2015
Przygodę czas zacząć
Przygodę z blogowaniem czas zacząć... Pomysł kiełkował w mojej głowie od dawna. Wreszcie znalazłam czas i odwagę żeby postawić pierwszy krok...
Subskrybuj:
Posty (Atom)