Łączna liczba wyświetleń

piątek, 21 lipca 2017

Deser z kaszy jaglanej z czarną porzeczką

W kaszy jaglanej rozsmakowałam się już dawno...Przyrządzam ją już w wersji na słodko i na słono, robiłam pierogi  i ciągle udoskonalam receptury bo uważam, że akurat ta kasza, choćby z racji swoich walorów odżywczych i zdrowotnych,  jest wdzięcznym elementem eksperymentów. Ostatnio, zdarzyło mi się popróbować ciasta z kaszy jaglanej z owocami. Było pyszne. Jak się dowiedziałam od Agnieszki, bo to za jej sprawą ten wyjątkowy deser rozpieszczał moje podniebienie, przepis zaczerpnęła z fajnego bloga:
 http://www.powiedzdietomnie.pl/2017/03/ciasto-kaszy-jaglanej-owocami.html
W oryginale jest to deser z wykorzystaniem ksylitolu, oleju kokosowego i prawdziwej wanilii. Z braku w mojej kuchni tak wyszukanych składników zastosowałam zwykły cukier, w ilościach śladowych (4 łyżeczki na 0,5 kg ugotowanej kaszy), cukier wanilinowy i olej rzepakowy (2-3 łyżki oleju), dodałam 2 jaja od szczęśliwych kur i sypnęłam 1 łyżeczkę proszku do pieczenia.  Wszystko razem zblendowałam. Przełożyłam do formy typu keksówka bo nie mogłam zlokalizować tortownicy. Posypałam czarnymi porzeczkami i wstawiłam na kilkanaście minut do piekarnika nagrzanego do 180 *C. Jak smakowało? - Ano tak...że zostało już  tylko zdjęcie...i wspomnienie niebiańskiego smaku.

piątek, 14 lipca 2017

Nie bądź wiśnia! Poczęstuj się!

Fot. B.C.
Wiśnie, z ekologicznego ogrodu państwa M. skusiły mnie do nadania im apetycznej oprawy. Ciasto testowałam już kilkakrotnie z różnymi owocami. Jak dotąd najlepsze było z borówkami, niezłe z czerwonymi porzeczkami. Próbowałam też z rabarbarem ale niespecjalnie byłam zadowolona. Teraz przyszedł czas na wiśnie. Ciasto wychodzi wilgotne, niezbyt słodkie...pyszne. Przygotowuje się je błyskawicznie. Jest to pomysł na szybki deser. Takie wyjście awaryjne. Zanim goście się na dobre rozsiądą ciasto już jest gotowe...

Składniki:
2 jaja
0,5 szklanki mleka
0,5 szklanki cukru
cukier waniliowy
0,5 szklanki oleju
2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka owoców
cukier puder do oprószenia
Wykonanie:
Jaja zmiksować z mlekiem, dodać cukier i cukier waniliowy a następnie mąkę, proszek do pieczenia i olej. Wymieszać. Ciasto wylać do wyłożonej papierem do pieczenia formy typu keksówka. Na ciasto wysypać owoce. Piec około 30 min. w temperaturze 180 *C.

sobota, 24 czerwca 2017

Kiedy przychodzi wieczór...samotność jest najgorsza do zniesienia...Próbki pseudo literackie. Odsłona piąta

Są takie momenty, że zwyczajnie jest Ci źle...Chciałabyś wtedy żeby ten ktoś, kto jest Ci najbliższy był z Tobą ...żebyś w takim momencie nie czuła się sama. Wydaje Ci się, że to jest całkiem naturalne. Skoro twierdzi, ze kocha to przecież nie ma na myśli tylko dobrych momentów, tych kiedy jesteś radosna, szczęśliwa, zadowolona i cała w skowronkach ale zwłaszcza i przede wszystkim oczekujesz, że będzie z Tobą gdy jest Ci źle...Niestety, głupia sprawa, ale wtedy gdy Ciebie dopada chandra i jak nigdy potrzebujesz zainteresowania, Twój facet jest...zbyt zmęczony żeby znosić Twoje humory, pochylać się nad smutkami...Rozumiesz to, bo przecież napracował się dzisiaj wyjątkowo, ale i tak jest Ci przykro...Czujesz się samotna, porzucona, opuszczona...Jak to jest, myślisz? "Czy to ze mną jest coś nie tak bo jest mi źle w nieodpowiednim momencie ...czy może  w tym związku coś zgrzyta?"  W  życiu niestety nie ma tak żeby złe dni przychodziły wtedy kiedy je zapraszamy, ale zawsze ale to absolutnie zawsze, wtedy kiedy zupełnie nie jesteśmy na nie przygotowani...Niezła to próba...i sprawdzian dla dwojga...

niedziela, 18 czerwca 2017

Na deser babeczki bananowo-czekoladowe

Fot. B.C.
Zupa z soczewicy według Moniki na stałe zagościła w moim domowym menu. W chłodne dni sprawdza się idealnie. Dzisiaj, po raz drugi już, testowałam rozpływające się w ustach babeczki czekoladowo-bananowe, również z przepisu, który podyktowała mi Monika.  Mówię Wam, rozkosz dla podniebienia. Gościom tez smakowały. Tak sobie myślę, że moja kuchnia zdecydowanie zyskuje nową jakość dzięki cennym wskazówkom Moniki.

A oto przepis na czekoladowo-bananowe babeczki lub jak ktoś woli mufinki
Składniki:
2 jaja
100 gram cukru trzcinowego
cukier waniliowy
3 dojrzałe banany
0,5 kostki masła
260 gram mąki pszennej tortowej lub gryczanej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
po pół tabliczki gorzkiej i mlecznej czekolady
Wykonanie:
  • masło rozpuścić w rondlu
  • banany obrać ze skórki i  rozgnieść widelcem na miazgę
  • czekoladę pokroić w kostkę
  • jaja, cukier i cukier waniliowy zmiksować na pianę, dodać rozgniecione banany i roztopione masło
  • wymieszać z mąką, proszkiem do pieczenia i czekoladą
  •  formę do mufinek  dobrze wysmarować masłem 
Masą wypełniać formę do 3/4 wysokości. Piec około 15-20 minut w temperaturze 160*C. Z porcji wychodzi od 12 do 18 babeczek.
Pięknie się prezentują ułożone na paterze i oprószone cukrem pudrem. Smakują obłędnie. Znikają błyskawicznie.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nogi ze wsi a buty z miasta...może z Kołobrzegu? Notatki z podróży


Źródło ilustracji: nudze-sie.pl
Splot okoliczności najróżniejszych sprawił, że znalazłam się w ...Kołobrzegu. O urokach tego miasta słyszałam z ust wielu.  Już kilka lat temu pojawiła się u mnie chęć sprawdzenia naocznie, osobiście, własnymi zmysłami, prawdziwości owych opowieści . Do tej pory jednak jakoś się nie składało. Aż wreszcie, moje marzenie podróży  nabrało realnych kształtów. W środę 31 maja 2017 r. postawiłam stopę na ziemi kołobrzeskiej a konkretnie na betonowym peronie tamtejszego dworca PKP. Cóż...nie było to może królewskie powitanie. Przyjemna morska bryza okazała się przenikliwym wiatrem, który na dzień dobry polizał mnie zimnym jęzorem powietrza. Za to kolejne dni, obfitujące w zdarzenia, spotkania, przyjemności zatarły ten pierwszy chłód. Kołobrzeg jest wart poznania. To dzisiaj wiem na pewno! Każde miejsce odwiedzane po raz pierwszy jest jak nieprzeczytana książka, kusi, zachęca, obiecuje... Gotowa na przeczytanie pierwszej strony mojej książki pod tytułem "Kołobrzeg" weszłam do jadalni jednego z miejscowych sanatoriów. Przy czteroosobowym stole siedziała elegancka pani o przenikliwym spojrzeniu i nienagannym wyglądzie. Jej fryzura sprawiała wrażenie jakby przed sekundą ostatni raz musnęła ją ręka fryzjera, szyję  i prawą dłoń zdobiła oryginalna biżuteria.  Zatrzymałam spojrzenie na paznokciach pomalowanych na malinowo, wpatrując się w kwiatową aplikację na serdecznym palcu. Jedno spojrzenie wystarczyło żeby stwierdzić, że oto mam przed sobą prawdziwą DAMĘ. Obok niej siedział mężczyzna, wyprostowany jak struna, dystyngowany, z widocznymi śladami bujnej niegdyś czupryny i życzliwym spojrzeniu. DŻENTELMEN, dodać trzeba! Na widok tych dwojga nieznanych mi osób uśmiech rozjaśnił moją twarz. Powitana równie miłym uśmiechem z miejsca zostaję wciągnięta do rozmowy o... Kołobrzegu, mieście wyjątkowym, do którego chętnie się wraca. Pani Krystyna,  dowiedziawszy się, że jestem tu po raz pierwszy,  gładko przejmuje rolę mojej przewodniczki po atrakcjach miasta. Doskonale wie, bo wspólnie z mężem to sprawdzili,  gdzie podają najlepszy tort Sachera i aromatyczną  kawę, gdzie rybka smakuje najlepiej, gdzie muzyka porywa do tańca.. itd...itd... Chłonę  każdą informację z zaciekawieniem, próbując - na próżno - zapamiętać wszystko. Moja rozmówczyni przepiękną polszczyzną snuje barwną opowieść o miejscach, ludziach, smakach, tutejszych zwyczajach...Raczy mnie też ploteczkami z życia bywalców tego miejsca.  Wpatruję się w nią zafascynowana. Nieliczne luki w pamięci, dotyczące nazw, uzupełnia małomówny z natury mąż, pan Roman. Pani Krystyna i Pan Roman są małżeństwem od 58 lat! Oboje niedawno przekroczyli 80-tkę. Do jadalni wchodzą trzymając się za ręce. Mówią, że to dla utrzymania równowagi ale...nie wierzę im. Przez 5 dni, trzy razy dziennie dane mi było spotykać tę uroczą parę, równie wyjątkową jak sam Kołobrzeg. Przyglądałam się im, patrzyłam z jaką serdecznością się do siebie odnoszą. To para, która mimo upływu lat nadal się lubi! Niesamowite! Fascynujące!  Optymistyczne! Nie ukrywam, patrzyłam z zazdrością.  Panią Krysię nazwałam mistrzynią konwersacji. Nasze wspólne śniadania, obiady i kolacje trwały dużo dłużej niż reszty gości. Chyba nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś, kto w sposób taktowny i z taką swobodą potrafiłby prowadzić konwersację. Można by sądzić, że potrawy były tylko  dodatkiem do rozmów jakie toczyły się przy stole. A były to rozmowy o najróżniejszym ciężarze gatunkowych, od poważnych rozważań na poważne tematy,  aż po błahostki codzienne...i samo życie. Dlaczego na małych palcach u stóp tak często robią się odciski? W czym tkwi sekret udanego i trwałego związku? Według teorii pani Krystyny odciski robią się wtedy gdy nogi ze wsi wchodzą w reakcję z butami z miasta. A tajemnica związku tak na prawdę nie jest tajemnicą, mimo że Pani Krystyna wyszeptała mi ją na ucho - "dbać o siebie a faceta trzymać krótko".  Ot i cała filozofia.
Drodzy Krystyno i Romanie! Warto było pojechać aż do Kołobrzegu, chociażby po to żeby Was poznać! Dziękuję! I mam nadzieję do zobaczenia kiedyś...w Kołobrzegu!

czwartek, 25 maja 2017

Zwykła niezwykła historia...piłką pisana!

Za piłką nożną nie przepadam. No chyba, że nasza narodowa reprezentacja gra ważny mecz...Piłka jest dla mnie jak balet, czasem mogę popatrzeć ale zupełnie się nie znam ani na jednym, ani na drugim. Dlatego gdy poproszono mnie żebym przeczytała historię o klubie sportowym, śmiejąc się w duchu, pomyślałam:  "gorzej nie można było trafić". Dzisiaj ogromnie się cieszę, że dane mi było ją przeczytać. Moje wrażenia po lekturze trafiły na okładkę. Nie ukrywam. Puchnę z dumy! Trzeba przyznać, że odważny z Pana gość, Panie Krzysztofie...żeby takiemu sportowemu  laikowi jak ja pozwolić się wypowiadać...i jeszcze publikować to na okładce...
Na początku było niewinne pytanie: przeczytałaby pani  tekst o klubie piłkarskim? Ale ja się nie znam na piłce nożnej! - Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. I zaczęłam czytać...Już po kilku pierwszych zdaniach przepadłam. Zaczytałam się...zachwyciłam… Opowieść pana Krzysztofa Flisiaka pochłonęła  mnie bez reszty,  a moja własna wyobraźnia  przeniosła do miejsca, gdzie “w cieniu strzelistych topól rosnących wokół boiska przy bogucińskiej szkole” zapisywała się pierwsza karta historii BKS Bogucin. Krok po kroku poznawałam bogucińskie realia, fantastycznych ludzi, pełnych energii i pomysłów na ulepszanie otaczającej rzeczywistości, drżałam na myśl o załamaniu pogody, zaciskałam mocno kciuki podczas ważnych rozgrywek piłkarskich…
Autor jako pasjonat piłki nożnej - sam będąc w centrum wydarzeń - zdradza czytelnikowi  tajemnice, o których wie zapewne tylko garstka wtajemniczonych, a i tych pamięć z czasem zaciera się i gubi  fakty. Autor wciela się w rolę ambasadora drużyny i jednocześnie przewodnika po szalonych projektach - od pomysłu do realizacji. Robi to po mistrzowsku, pozwalając czytelnikowi poczuć się jak w kinie 5D na seansie z efektami specjalnymi.  
Fantastyczna, barwna  gawęda oparta na faktach - niby o sporcie - ale tak na prawdę o ludziach, ich pasji, determinacji i czymś co dzisiaj już ciężko spotkać - o chęci działania dla dobra wspólnego! Tę książkę polecam każdemu, nawet jeżeli - tak jak ja - nie ma nic wspólnego z klubem i niewiele z Bogucinem. Jest to opowieść o tym jak niemożliwe staje się możliwe! Dlatego warto po nią sięgnąć! Gorąco polecam!
O książce, tak od sera, pisze też Pani Zofia Abramek. Kolejna kobieta. Czyżby mężczyznom zabrakło słów?

niedziela, 30 kwietnia 2017

Zupa z soczewicy czyli Monika podpowiada

Fit. B.C.
Monika jest jak osobisty doradca smaków. Lubi eksperymentować z łączeniem produktów, jest zwolenniczką używania w kuchni świeżych ziół. Gdy potrzebuję inspiracji czy jakiejś odmiany w domowym menu Monika jest niezawodna.  Ostatnio zanotowałam jej przepis na zupę z soczewicy. Wykorzystała go dzisiaj moja córka przyrządzając tę zupę na obiad. Wszystkim bardzo smakowała. Gęsta, wyrazista w smaku, z wyczuwalnymi kawałkami soczewicy i pomidorów. Zniknęła błyskawicznie. Tym samym została wpisana do naszego domowego repertuaru zup.
 A oto przepis:
2 marchewki
2 cebule
2 ząbki czosnku
Pokroić i poddusić na oliwie, dodać liść laurowy. Dodać 1 litr wody, szczyptę  soli, 250 g soczewicy, uprzednio wypłukanej w zimnej wodzie, (Monika preferuje soczewicę zieloną, ja kupiłam czerwoną i taka została wykorzystana). Wszystko razem gotować około 30-40 minut. Następnie dodać puszkę pomidorów krojonych wraz z zalewą i 1 łyżkę koncentratu pomidorowego. Gotować jeszcze około 15 minut. Przyprawić zupę do smaku:  oregano, solą, pieprzem, papryką chili i przyprawą curry (Monika radzi zaopatrzyć się w tę z Lidla). Jeżeli ktoś lubi bardziej wyrazisty smak może dodać 1-2 łyżki octu winnego lub jabłkowego. Pogotować jeszcze chwilę tak aby soczewica była miękka.
Zupa jest prosta w przygotowaniu...wyjątkowa w smaku...Sprawdziłam! Sprawdźcie i Wy, mili czytelnicy!
Ps. Następnym razem będzie podana w postaci zupy krem z kleksem gęstej śmietany i listkiem oregano. Może też domowe grzanki by do niej pasowały? Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Może następnym razem się uda...