Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 12 listopada 2017

Człowiek uczy się całe życie...

Tam gdzie pracuję pojawiło się ogłoszenie o naborze do udziału w warsztatach fotograficzno-filmowych. Miałam zająć się stroną organizacyjną, być na każde zawołanie prowadzącej i uczestników. Pomyślałam, skoro i tak muszę poświęcić czas to czemu nie miałabym "przy okazji" się czegoś nauczyć. Rolę wykładowcy w bychawskiej szkole fotograficzno-filmowej przyjęła  Grażyna Stankiewicz, redaktor naczelna Lubelskiego Magazynu LAJF, dziennikarka, autorka licznych reportaży i filmów dokumentalnych. Miałyśmy przyjemność znać się wcześniej dlatego cieszyłam się bardzo na te spotkania. Jako uczennica byłam trochę oporna. Pani profesor Grażyna musiała używać sobie tylko znanych sztuczek żeby coś ze mnie wydobyć. Niestety, mimo wysiłków,   fachowa terminologia, stosowana w filmie i fotografii, zanim na dobre znalazła miejsce w mojej pamięci już z niej ulatywała. Za to z uwagą podpatrywałam sztuczki stosowane przez znanych scenarzystów, reżyserów i producentów filmowych, z zaciekawieniem słuchałam opowieści z planów filmowych. Świat filmu na dobre mnie wciągnął. Zaintrygowana i zachęcana przez naszą profesor nakręciłam własny film pod tytułem "Kluskowe story". Byłam w nim scenarzystą, operatorem kamery i lektorem. Moim narzędziem pracy był...smartfon. Co z tego, że kariery w światowym filmie nie zrobię? Najważniejsze, że zrobiłam coś co dla mnie osobiście bezcennego, coś co ma dla mnie i mojej rodziny nieocenioną wartość. Zatrzymałam w kadrze  ulotne chwile...Bohaterką  filmu uczyniłam moją Mamę i zwykłe domowe kluski, zagniatane jej ręką. Owe kluski w naszym domu rodzinnym pełniły szczególną rolę. Uwielbiał je mój Tata. Poziom jego zadowolenia mierzyło się częstotliwością pojawiania się klusek na stole. Serwowane były pod różną postacią: jako samodzielne danie czyli kluski z serem okraszone skwareczkami, albo kluski z makiem serwowane czasem podczas kolacji wigilijnej. Były też kluski niezbędnym dodatkiem do niedzielnego rosołu. Gości w naszym domu podejmowało się zawsze pysznym  rosołem i domowymi kluskami, cieniutko pokrojonymi wprawną ręką Mamy. Goście, głównie Ci z miasta byli zachwyceni. Tato, stał na straży tradycji. W naszym domu nie mogło być mowy o profanacji w postaci zaserwowania makaronu kupionego w sklepie do domowego rosołu.  Próbuję, ciągle nieudolnie, nauczyć się sztuki zagniatania i krojenia ciasta, tak żeby powstały cieniutkie niteczki. Mój amatorski film znalazł honorowe miejsce w osobistych filmotekach wnucząt bohaterki.
Droga Grażyno, bardzo Ci dziękuję, za cenne wskazówki, uwagi i opinie i za to że tak skutecznie motywowałaś mnie do pracy nad moim pierwszym w życiu filmem. Nie ostatnim. To dzisiaj wiem na pewno. 
Projekt "Kultura - ubranie szyte na miarę", dofinansowany ze środków Narodowego Centrum Kultury  w ramach programu Kultura-Interwencje 2017", dobiega końca ale nie kończą się prace nad realizacją nowych filmowych pomysłów. Człowiek przecież uczy się całe życie...

środa, 8 listopada 2017

Tarta " w międzyczasie"!

Fot. B.C.
Tego to ja się po sobie nie spodziewałam. Nie dalej jak wczoraj musiałam ugotować obiad. Rzadko mi się to zdarza w środku tygodnia. Tym razem jednak nie miałam wyjścia. Mięsko piekło się w piekarniku, kasza gryczana wygrzewała pod ciepłym kocykiem, kompot z derenia nabierał mocy w dzbanku a ja przez chwilę nie bardzo miałam co robić. Zajrzałam do spiżarni. W koszyku leżało kilka jabłek "szara reneta". Zrobię tartę z jabłkami - pomyślałam i zabrałam się do pracy.
Przepis na ciasto od dawna mam w głowie:
  • ciut mniej niż pół kostki prawdziwego, schłodzonego masła, 1 szklanka mąki, 1 jajo, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, trochę cukru waniliowego, 5 łyżeczek cukru pudru, 3-4 łyżki wody. Wszystko razem zagnieść. Ciasto podzielić na dwie nierówne części. Większą rozwałkować i wyłożyć nim wysmarowaną masłem formę do tarty, drugą część włożyć do zamrażarki;
  • jabłka obrałam ze skórki, pokroiłam na ćwiartki, usunęłam gniazda nasienne i pokroiłam w średniej grubości  plastry. Posypałam cukrem pudrem i cynamonem. Dodałam 2 łyżki kaszy manny. Wymieszałam i wyłożyłam na ciasto. Ciasto zmrożone w zamrażarce starłam  na tarce o dużych oczkach, przykrywając warstwę jabłkową. Wstawiłam tartę do piekarnika. Piekłam w temperaturze 150 *C do uzyskania jasnozłotego koloru. Tartę posypałam cukrem pudrem.                      
Idealnie kruche ciasto w połączeniu z upieczonymi jabłkami, rozpływało się w ustach... Najważniejsze jednak przy okazji przygotowywania tej konkretnej tarty było bardzo przyjemne uczucie podekscytowania, radości z tworzenia czegoś ot tak, mimochodem, przy okazji...i jeszcze  bezcenny obraz  błogości na twarzach, tych którzy mieli okazję posmakować mojej tarty...

niedziela, 5 listopada 2017

Oko w oko z pisarką

Zgłosiłam się do szkoły pisania. W roli nauczycielki Monika A. Oleksa, pisarka, blogerka a nade wszystko fantastyczna kobieta. Wiedziałam to już zanim ją poznałam osobiście. Moje przypuszczenia potwierdziła lektura jej książek i bloga http://magialiterczarslow.blogspot.com/ . Zaś spotkanie oko w oko, sposób bycia, prowadzenia zajęć, zwracania się do uczennic, ciepło emanujące z każdego jej gestu, z każdego słowa...było już tylko dodaniem przysłowiowej  kropki nad "i". Powstał obraz znanej pisarki, prawie idealny. Szkoła, to trzynaście kobiet w różnym wieku, które - jak ja - postanowiły wypróbować siłę swojego pióra. Fantastyczne doświadczenie, super przygoda. Alicjo, Jadwigo, Danusiu, Danuto, Iwonko, Weroniko, Tereso, Martyno, Matyldko, Doroto, Wiki, Ewo dziękuję Wam za cenny czas spędzony razem. I Tobie Moniko, za to że tak naturalnie się z nami zaprzyjaźniłaś i zapędziłaś do twórczej pracy.
Na strychu, podczas porządków, znalazłam pudło listów, ręcznie pisanych, na kartkach z papeterii. Te bardzo osobiste, ważne, wyjątkowe przewiązałam kiedyś czerwoną tasiemką. Pozostałe  poukładałam chronologicznie jeden obok drugiego. Ile to już lat minęło od momentu, w którym powstały aż boję się liczyć...Wtedy pasjami  je pisałam. Do listów mam stosunek szczególny. Kolekcjonuję je, wracam do nich, czytam, układam. Nawet nie zauważyłam kiedy tradycyjne listy zostały zepchnięte na margines, zdominowane przez elektroniczne. Tych ostatnich, nie mogę przewiązać tasiemką ale bez oporów poddają się archiwizacji. Nadal je piszę ale jakby mniej...W to miejsce  naturalnie wpasowały się  artykuły i inne teksty. No i blog. Wychodzi na to, że pisanie jest nieodłącznym elementem mojego życia. Jest jego dopełnieniem. Bywa jego treścią.  Na warsztatach w szkole pisania popełniłam dwa opowiadania. Jedno podczas zajęć nabazgrałam na kolanie, na wyrwanej z notatnika kartce.  Nosiłam je w sobie, potrzebowałam tylko impulsu do jego napisania. Drugie powstawało w mojej głowie przez dłuższy czas, dojrzewało aż znalazło ujście i przybrało odpowiedni kształt. Rzeczywistość miesza się w nich z fantazją, prawda ze zmyśleniem, śmiech z zamyśleniem.

sobota, 7 października 2017

Dyniowa zupa krem

Zupa w talerzu. Fot. B.C.
Z dynią nigdy dotąd nie eksperymentowałam. Pewnie dlatego, że nie bardzo wiedziałam jak się do niej dobrać. Przekonała mnie koleżanka. Dziękuję Ci, Doroteo. Dzięki Tobie, do mojej domowej książki kucharskiej została dopisana jeszcze jedna, sezonowa zupa. A to oznacza, że w ogrodzie warzywnym w przyszłym roku zagości również i dynia. Do tej pory była obecna tylko w wersji ozdobnej. Intryguje mnie jeszcze pieczona dynia ale do tego wyzwania chyba jeszcze nie dojrzałam, jeszcze za mało wiem o ziołach, ich zastosowaniu i łączeniu z innymi składnikami tak aby nie zepsuć smaku potraw.
Składniki:
Dynia ok. 2 kg
2 l.bulionu drobiowego lub warzywnego. Dorota preferuje warzywny a mnie bardziej odpowiada drobiowy ale to indywidualna kwestia
2 cebule
3-4 marchewki
2 ziemniaki
listek i ziele angielskie
kilka ząbków czosnku
świeży lub mrożony koperek
pomidory krojone bez skórki (mogą być z puszki)
Przyprawy: imbir, gałka muszkatołowa, papryka, kurkuma, pieprz, sól
Sposób przyrządzania:
Dynię umyłam, pokroiłam na ćwiartki, wydrążyłam gniazda nasienne,  obrałam ze skórki, opłukałam pod bieżącą wodą, pokroiłam w kostkę
Cebulę również obrałam i pokroiłam  w kostkę, marchewkę w półtalarki a czosnek w paski
Na patelnię wlałam trochę oleju, zeszkliłam na nim cebulę, dodałam listek laurowy. ziele angielskie i czosnek a także  marchew i dynię. Dusiłam przez kilka minut.
Zagotowałam bulion. Dodałam warzywa z patelni, ziemniaki starte na tarce o grubych oczkach, pomidory z puszki i przyprawy. Gotowałam do miękkości warzyw. Na koniec wszystko zmiksowałam blenderem. Podawałam z uprażonymi płatkami migdałów. Ot, zupa dla smakoszy, lekka, aksamitna w kontakcie z językiem i podniebieniem. W kwestii podania są różne szkoły, jedni podają tę zupę z grzankami, inni z pestkami dyni czy  kleksem gęstej śmietany. Ponieważ wyszedł mi cały gar zupy. Jutro przygotuję grzanki czosnkowe. Będą, myślę, ciekawym uzupełnieniem delikatności smaku mojej zupy.

Pukanie do drzwi. Próbki pseudo literackie. Odsłona ósma

Przyszła gdy zupełnie się jej nie spodziewałam. Nie wierzyłam już,  że kiedykolwiek przyjdzie. Przestałam na nią czekać. Pogodziłam się z myślą, że z jakiegoś powodu mnie omija. Może mnie nie lubi? A jednak... Zapukała cicho, delikatnie. Pobiegłam otworzyć drzwi. W połowie drogi zawróciłam. Pukanie  ucichło. Pomyślałam - wydawało mi się! Wróciłam do czytania książki. Znowu usłyszałam nieśmiałe puk, puk. Otworzyłam. Za progiem stała ONA. Uśmiechała się do mnie nieśmiało. Wręczyła mi pięknie zapakowaną paczuszkę. Zapytała czy może wejść i że chciałaby napić się ze mną kawy. Zaskoczona otworzyłam szeroko drzwi, wpuszczając tę,  jeszcze obcą, nieznajomą do środka. Rozsądna JA krzyczała w mojej głowie "ty durna babo, ile razy mam ci powtarzać żebyś nie wpuszczała obcych do swojego życia!" - "Zamknij się! - potraktowałam ją ostro i umknęłam do kuchni. Ktoś, kto przynosi mi najlepszy na świecie makowiec nie może mieć złych zamiarów, przekonywałam samą siebie. Zaparzyłam kawę. Pokroiłam ciasto. Wypełnione bakaliami smakowało jak obietnica. Wtedy, nawet nie podejrzewałam, że to obietnica MIŁOŚCI...Mój niespodziewany, niezapowiedziany gość to była MIŁOŚĆ. Piękna, delikatna i czuła, taka jak ta opisywana w książkach czytanych przeze mnie pasjami. Zauroczyła mnie. Pojawiła się niespodziewanie i  została...

sobota, 30 września 2017

Lubię dobrze zjeść. Około kulinarne opowieści

Źródło: fanex.pl
Iwonicz Zdrój, miasteczko uzdrowiskowe na Podkarpaciu, z rozsianymi tu i tam ośrodkami sanatoryjnymi, pensjonatami, restauracjami, sklepikami. Położone w dolinie, otoczone malowniczymi wzgórzami z gęstą siatką wytyczonych szlaków i oznakowanych ścieżek spacerowych. Jest tu wszystko czego potrzebuje turysta lub kuracjusz do wypoczynku czy zregenerowania sił.  Moja przygoda w tym miejscu rozpoczyna się w jadalni jednego z tamtejszych sanatoriów. Obsługa prowadzi mnie do stolika nr 19. Zajmuję miejsce obok chłopaka, mężczyzny, wiek - na oko trudny do określenia. Niestary, przystrzyżony  na jeża, z lekko zarysowanym  brzuszkiem widocznym pod koszulką. Ot, zwyczajny facet o nienachalnej urodzie, jakby powiedziała niezapomniana Maria Czubaszek. Oprócz mnie przy stole siedzi jeszcze pięć innych, obcych dla siebie osób.  Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, każdy dokonuje ukradkowej  lustracji otoczenia. Facet obok ma na imię Piotr, dalej siedzi „młody”, tak go tu nazywają, dalej  Maria. Piotr z Marią zaczynają żartować ze mnie, twierdząc że będę obiektem awansów starszych panów, których żartobliwie nazywają suwakami. Sprawdzają w ten sposób moją reakcję. Patrzę w ich rozbawione gęby i…śmieję się razem z nimi. Piotrek targa mi fryzurę w taki sposób jak się  to czasem robi małym dziewczynkom. Lody zostały przełamane. Atmosfera przy stole rozluźnia się. Jakoś tak  bywa, że z jednymi ludźmi bardzo szybko nawiązujemy fajną relację, tak jak z Marią i Piotrem, a z innymi zupełnie nam to nie wychodzi. Kolejne spotkania przy stole w jadalni, krótkie rozmowy gdzieś pomiędzy i nowe fragmenty  informacji  dokładane każdego dnia, pozwalają ułożyć coraz bardziej wyraźny obraz.
Lubię przyglądać się ludziom. Patrzeć jak się zachowują, jakie gesty wykonują, jak się poruszają w nowych dla siebie sytuacjach, w nieznanym wcześniej otoczeniu, wśród nieznajomych osób. To też sprawdzian dla mnie samej…Na początek przyglądam się Piotrowi, potem Teresie, Zosi i Januszowi.

środa, 20 września 2017

Iwonicz Zdrój i góra Cergowa. Notatki z podróży

Iwonicz Zdrój, miasteczko uzdrowiskowe na Podkarpaciu, z rozsianymi tu i tam ośrodkami sanatoryjnymi, pensjonatami, restauracjami, sklepikami. Położone w dolinie, otoczone malowniczymi wzgórzami z gęstą siatką wytyczonych szlaków i oznakowanych ścieżek spacerowych.  Najwyższe wzniesienie i jednocześnie obiekt pożądania każdego kto lubi wędrować i poznawać nowe miejsca to Góra Cergowa (718 m.n.p.m). Charakterystyczne trójgarbne zalesione pasmo z oddali wygląda imponująco, kusi i zachęca. Tak też jest opisywana w przewodnikach. No cóż my też się naczytaliśmy o Cergowej samych ochów i achów, że widoki cudne itp. Postanowiliśmy to sprawdzić osobiście,  wędrując czerwonym szlakiem z Iwonicza Zdroju przez Lubatową i..trochę nas Cergowa rozczarowała. Po pierwsze szlak wiedzie przez las. Idąc wypatrywaliśmy tęsknym wzrokiem prześwitów w ścianie lasu. A na szczycie? Sami zobaczcie co znaleźliśmy!
Jak się później okazało ma być tam budowana wieża widokowa. Rozczarowanie Cergową nieco zmniejszyło zejście żółtym szlakiem do Złotego Źródełka i spotkanie ze św. Janem z Dukli i wielkim jeleniem, który przebiegł nam drogę nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem!