Przystanek "czterdziestka" nie wziął się znikąd. Delektuję się swoją 40-tką, cieszę dojrzałością, świadomością atutów i zalet, możliwością spełniania marzeń. Piszę ten blog bo pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Będzie w nim o codzienności, zwyczajnie pięknej, o radości czerpanej z drobiazgów, o przeczytanych książkach, o podróżach, o odkrywaniu nowych smaków, miejsc, wrażeń...To jest jak poemat na cześć najpiękniejszego okresu w życiu...
Łączna liczba wyświetleń
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Próbki pseudo literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Próbki pseudo literackie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 października 2017
Pukanie do drzwi. Próbki pseudo literackie. Odsłona ósma
piątek, 15 września 2017
Polana z mchu. Próbki pseudo literackie. Odsłona siódma
Idą leśną ścieżką. Ona i On.
Trzymają się za ręce. Zakochani, radośni, z beztroską chwili wymalowaną
na twarzach. Jej zwiewna, rozkloszowana spódnica w kolorowe kwiaty pieści uda delikatnością materiału. Piersi ubrane w koronki kusząco
falują pod koszulką. Z oddali słychać szum górskiego potoku. Nad głowami
ptactwo wygrywa miłosne koncerty. Powietrze aż iskrzy od żaru spojrzeń.
Wreszcie są sami. Nikt nie rozprasza ich bliskości. On spija
spojrzeniem każde słowo wypływające z jej ust. Słucha uważnie jakby się
bał uronić cokolwiek z jej opowieści. A ona przerywa w pól słowa
oczarowana czerwienią jego warg. Wewnętrzny chochlik nakazuje
natychmiast sprawdzić ich smak. Jeszcze tylko dyskretna lustracja
otoczenia czy aby na pewno nikt im nie przeszkadza i już jej usta łącza
się z jego w wilgotnym pocałunku. Charakterystyczny impuls naładowany
pragnieniem biegnie w dół aż do magicznego miejsca ukrytego w starannie
wypielęgnowanym trójkąciku kręconych włosków. Jakby na
zawołanie...las rzednie a przed nimi rozpościera się bajeczna polana z obłędnie miękkim. zielonym dywanem z mchu. Czyżby przyroda wyczuwała ich nastroje, potrzeby i pragnienia
chwili? Spontanicznie zrzucają
sandały. Stopy łaskocze miękkość mchu a oni z rozpostartymi
ramionami z wzrokiem skierowanym w czyste, błękitne niebo wirują w radosnym tańcu. W muzykę lasu
wdzierają się ich ciche zaklęcia "kochaj mnie". Marzenie, dawno
zapomniane, nieoczekiwanie rozjaśnia umysł. Kobieca fantazja podsuwa
rozwiązania. W głowie się kręci od wirowania w kółko. Miękkie ramiona
mchu zdają się czekać na ten moment, pada jak długa pośrodku polany.
Ale co to, nie tylko mech ją otula. Silne męskie ramiona amortyzują
upadek. Spódnica wirując odsłoniła opalone uda. Jego wzrok biegnie
właśnie tam gdzie skóra łączy się z materią. Jego dłoń naśladując oczy
gładzi odsłonięte udo. Tak się zaczyna spełnianie jej marzenia...
niedziela, 27 sierpnia 2017
Konkurencja. Próbki pseudo literackie. Odsłona szósta
Aga już od dawna odgrażała się, że napisze powieść erotyczną. Ten pomysł dojrzewał w niej długo. Zdecydowanie za długo! Może gdyby codzienność była mniej absorbująca i nie przytłaczała jej tak bardzo, książka już dawno byłaby w księgarniach. Aga żyje w pojedynkę od lat. Radzi sobie jak umie bo liczyć nie ma na kogo. Czasem bardzo chciałaby zrzucić na czyjeś barki chociaż trochę codziennych spraw. Może nawet taki ktoś by się i znalazł ale Aga ma jedną zasadniczą wadę, z którą walczy od zawsze. Bez skutku. Nie umie prosić o pomoc. Woli zakasać rękawy i sama zrobić co trzeba. No chyba, że jest to coś co absolutnie przerasta jej możliwości i umiejętności. Każde proszenie o cokolwiek dla siebie sprawia że od razu robi się chora. Dziwna to przypadłość ale Aga tak ma i już. Co innego gdy chodzi o sprawy innych. Wtedy z miejsca rzuca się za organizowanie pomocy. Wewnętrzny opór znika wtedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przyjaciele mówią, Aga, jakbyś czegoś potrzebowała to wiesz gdzie nas szukać. Ciepło jej się robi w środku na takie słowa ale i tak ze wszystkim zmaga się sama. No i ma za swoje! Powieść erotyczną, którą to przecież ona miała napisać, napisał ktoś inny! Ech! Już sobie nawet wyobrażała trasę promocyjną. I co z tego skoro przez jej własną opieszałość dzisiaj każdą witrynę księgarską wypełnia "50 twarzy Grey'a", dotąd nieznanej nikomu E.L.James. Media oszalały. "50 twarzy Grey'a" znalazło się na ustach wszystkich, młodych i starych, kobiet i mężczyzn. W TVP, w radiu, w gazetach, w internecie aż huczało! Serce Agi wywijało koziołki gdy sięgała po nowiutki egzemplarz. Zanurzyła się w lekturze z ciekawością ale i niepokojem. Po pierwszym tomie odetchnęła z ulgą. To była książka - przeciwieństwo jej pomysłu. Ona chciała pokazać inną miłość. Miłość i upokorzenie zupełnie jej nie pasowało. Pani James i jej książka nie były w stanie wybić Adze z głowy potrzeby pisania. Gdy wkrótce po premierze "50 twarzy Grey'a" jak grzyby po deszczu na rynku wysypały się powieści o podobnej tematyce, dopiero wtedy Aga zadrżała z niepokoju o los swojego śmiałego pomysłu. Złość w niej aż kipiała na tych wszystkich pisarzy, którzy jakby tylko na to czekali, jakby każdy z nich miał gotową powieść w szufladzie i tylko czekał na właściwy moment żeby ją wypuścić w świat. A ona, głupia baba, zamiast pisać, walczy z wiatrakami własnej codzienności. Przeraziła się. W jednej chwili poczuła jak jej marzenie ucieka od niej gdzieś daleko a szanse z hukiem spadają na łeb, na szyję. Bo co jeszcze można wymyślić nowego czy zaskakującego w temacie miłości? Czym ona, Aga, zwykła dziewczyna, miałaby zaskoczyć czytelników i samą siebie? Cały wszechświat wydawał się robić Adze na złość. Pisarze zaczęli pasjami publikować powieści erotyczne. Ruch w interesie dało się też zauważyć w sklepach z erotycznymi gadżetami. Grey wdarł się wszędzie, do księgarń, sklepów, bibliotek, na ekrany kin itp. Z trzech tomów Aga przebrnęła przez pierwszy, na początku drugiego zwątpiła, po trzeci nawet nie sięgnęła. Powieść wywołała w niej bunt.
- Nie zgadzam się na uzależnienie i poniżanie! - Krzyczała, jak jakaś opętana, w trakcie czytania. Co za okropny typ, nie dość że zadaje swojej partnerce ból to jeszcze odziera ją z godności! Darła się, mimo że nikt jej nie mógł usłyszeć. Zaspokajanie własnych, egoistycznych i pokręconych męskich zachcianek przy całkowitym pominięciu potrzeb kobiety Adze nie mieściło się w głowie. Nie rozumiała bohaterów powieści, Ann - uległej Christianowi.
- W imię miłości - Kiepski ten żart. Kpiła w głos!
Jednocześnie niektóre fragmenty wywoływały silne emocje a podniecenie towarzyszyło przez dłuższy czas.... Do tego Aga za nic na świecie by się nie przyznała, nawet gdyby ją krojono na kawałki i posypywano solą. Nawet przed samą sobą udawała, że nic się nie dzieje. Oszukiwała się, że przyśpieszony oddech, dłonie wędrujące tam gdzie zazwyczaj nie bywają, dziwne drżenie w środku.. to zwykły zbieg okoliczności lub jakaś chwilowa przypadłość.
- Ty zdrajco! Syczała szeptem do swojego ciała, które wbrew logice reagowało na sugestywne opisy. Umysł potępiał sposoby zniewolenia kobiety opisane w książce a ciało...Szkoda gadać! I ciężko ogarnąć rozumem. Jakby siedziała w niej jeszcze jedna, obca istota. Intuicyjnie rozumiała jednak, że w naturze kobiety jest zapisana potrzeba oddania mężczyźnie, obdarzonego uczuciem. W męskiej zaś naturalną wydaje się być potrzeba panowania. Czyż akt oddania nie jest najpiękniejszym aktem odnotowanym w relacjach pomiędzy kobietą i mężczyzną? Według Agi sprawa nie podlega dyskusji pod warunkiem, że ów akt odbywa się według scenariusza napisanego zgodnie przez obie strony.
sobota, 24 czerwca 2017
Kiedy przychodzi wieczór...samotność jest najgorsza do zniesienia...Próbki pseudo literackie. Odsłona piąta
Są takie momenty, że zwyczajnie jest Ci źle...Chciałabyś wtedy żeby ten ktoś, kto jest Ci najbliższy był z Tobą ...żebyś w takim momencie nie czuła się sama. Wydaje Ci się, że to jest całkiem naturalne. Skoro twierdzi, ze kocha to przecież nie ma na myśli tylko dobrych momentów, tych kiedy jesteś radosna, szczęśliwa, zadowolona i cała w skowronkach ale zwłaszcza i przede wszystkim oczekujesz, że będzie z Tobą gdy jest Ci źle...Niestety, głupia sprawa, ale wtedy gdy Ciebie dopada chandra i jak nigdy potrzebujesz zainteresowania, Twój facet jest...zbyt zmęczony żeby znosić Twoje humory, pochylać się nad smutkami...Rozumiesz to, bo przecież napracował się dzisiaj wyjątkowo, ale i tak jest Ci przykro...Czujesz się samotna, porzucona, opuszczona...Jak to jest, myślisz? "Czy to ze mną jest coś nie tak bo jest mi źle w nieodpowiednim momencie ...czy może w tym związku coś zgrzyta?" W życiu niestety nie ma tak żeby złe dni przychodziły wtedy kiedy je zapraszamy, ale zawsze ale to absolutnie zawsze, wtedy kiedy zupełnie nie jesteśmy na nie przygotowani...Niezła to próba...i sprawdzian dla dwojga...
środa, 12 kwietnia 2017
Sen o świętach. Próbki pseudo literackie. Odsłona czwarta!
Małe miasteczko na peryferiach świata. Dom na wzgórzu, otoczony ogrodem. A w nim dwoje mieszkańców, Ona (P) i On (M)! Na tyłach domu, ukryta za rozłożystym krzewem
pigwowca, przycupnęła niewielka wędzarnia, świetnie wkomponowana w
ogrodowy krajobraz. Wykonana z najwyższą starannością przez pana domu, testowana już kilkakrotnie i za każdym razem na nowo ulepszana. Święta wielkanocne tuż tuż...a to oznacza kolejny test dla przydomowej wędzarni. Mięsko
już marynuje się w aromatycznej zalewie, codziennie troskliwą ręką M. obracane raz na "plecki", raz na "brzuszek". Ona, podziwia w nim tę szczególną staranność, zanim się za coś weźmie dokładnie się do tego przygotowuje. Zanim na przykład zajął się wędzeniem, przewertował, przestudiował, przeanalizował, przeczytał wszystkie dostępne
źródła, wskazówki, porady... Dopiero zaopatrzony w konkretną wiedzę
rozpoczął testowanie. Metodą prób i błędów dochodził do perfekcji. Wędzonka ma być idealna! Zwykł mawiać! M. twierdzi, że za
każdym razem jest lepsza ale do ideału jeszcze jej daleko a dla niej już ta pierwsza była pyszna.
Ta zabawa sprawia mu przyjemność a pochwały mobilizują do ciągłego
udoskonalania receptur, testowania metod, eksperymentowania z
przyprawami...Ta niby prosta skrzynia, zwana wędzarnią, jest zaopatrzona w termometry, jest wymuskana jakby miała brać udział w konkursie piękności. Na początku trochę ją złościło, że tak dużo czasu
poświęca na wędzone, że niepotrzebnie tak się z tym ceregieli. Ale gdy
dotarło do niej jakie to dla niego ważne żeby mięsko było idealnie wywędzone i
wszystkim smakowało podczas wielkanocnego śniadania odpuściła. Teraz uśmiecha się
tylko z pobłażaniem, całuje z czułością kochaną gębę i idzie do swoich zajęć. Ma co robić.
wtorek, 19 lipca 2016
Letni domek Baby Jagi, noga Pinokia, chutney i Indianie. Próbki pseudo literackie. Odsłona trzecia
![]() |
Fot. Ewa N. |
Mało kto wie...a właściwie wiem o tym tylko ja i jeszcze kilka osób coś podejrzewa... Baba Jaga wcale nie była taka zła na jaką skazano ją w bajkach...Wszyscy krzyczeli, że zła, że wiedźma, że jędza, że nie cierpi dzieci...Cóż miała robić? Dostosowała się... Jednak gdy znudziło jej się siedzenie w buszu, a żaden grzybiarz nie zbłądził do jej posiadłości, o słodkich dzieciaczkach nie wspominając. No bo kto dzisiaj puszcza dziecko samo do lasu po jagódki czy malinki na zupę? Wtedy uciekała do innego świata...Zdejmowała okropną chustkę z głowy, przycinała włosy, odrzucała sękaty kostur, w złe spojrzenie wsączała odrobinę ciepła, kąciki ust siłą woli unosiła do góry w grymasie, który od biedy mógł uchodzić za uśmiech...Czarnego kota zabierała ze sobą. Na szyi wywiązywała mu piękną czerwoną kokardę żeby nie przynosił nikomu pecha. Dzięki tym prostym zabiegom zamieniała się w zwykłą Panią Jagę z sąsiedztwa co to przyjechała na wieś na wakacje. Swój azyl znalazła w domku Jabłońskich w Wandzinie. Była to skromna chatka, osadzona na fundamentach a nie jak jej codzienne mieszkanie - na kurzej nóżce. Zbudowana na wzgórzu, tuż nad malowniczym wąwozem, otulona zielenią drzew, niby w centrum wsi a jednak poza zasięgiem oczu sąsiadów. To tutaj Pani Jaga pomieszkiwała gdy znudziło jej się bycie złą...Przez ten jeden jedyny wakacyjny miesiąc w roku stawała się ulubioną przyszywaną ciocią okolicznej dzieciarni. W ciągu dnia pozwalała buszować w ogrodzie na tyłach domku...a tam rosło coś najdziwniejszego na świecie. Niby zwykły agrest ale jakiś taki, ni to krzak, ni to drzewo. Dzieciaki nigdy dotąd takiego nie widziały. Wyglądał jak olbrzymi pióropusz wodza plemienia Siuksów. Był tak oblepiony owocami, że kieszenie Baśki, Gośki, Darka, Romka, Roberta i Ewy codziennie były nimi wypychane. Z tego agrestu ciocia Jaga robiła coś podobnego do dżemu. Nazywała to chutney'em i przyrządzała w jakiś tajemniczy sposób... dodawała drobno posiekaną cebulkę, rodzynki, coś dosypywała, coś dolewała. Smażyła do tego górę placów. Mówiła, że to placki na sodzie. Placki z agrestowym czatne-cośtam cioci Jagi były najlepsze na świecie. Żadna z mam nie umiała takich przyrządzić mimo że dostawała przepis. Podbiła nimi serca dziecięcej bandy! Jednego razu gdy smażyła swój chutney chyba się zamyśliła bo taki straszny smród spalenizny rozszedł się po całej wsi...Wszytko poszło na marne, razem z garnkiem. Nocą zaś pozwalała bawić się w podchody. I nie pisnęła ani słowa rodzicom, których dzieci zamiast spać grzecznie w łóżkach, skradały się to tu to tam! Nie chciała im psuć zabawy. Sama bawiła się przy tym doskonale. Obdarzona doskonałym wzrokiem i czarodziejską intuicją czuwała żeby żadnemu dziecku nie stała się krzywda, a to uciszyła rozszalałe psy sąsiadów, a to usunęła z drogi pana Wojtka, co to popadł w stan nieważkości po spotkaniu z kumplami, a to zasypała niebezpieczny dół...Była jak taka "niewidzialna ręka". Bardzo jej się to podobało. Uwielbiała te zabawy z dziećmi, o czym one nie miały pojęcia. Myślały, ze są same w ciemnościach...
Którejś nocy, Jagi nie było w letnim domku, pewnie musiała gdzieś pilnie wyjechać, wtedy stała się rzecz straszna. Zgraja okolicznych dzieciaków zniknęła z domów. Nie to żeby to była jakaś zbiorowa ucieczka. Towarzystwo, nie po raz pierwszy już, zaledwie się wymknęło przez uchylone okna w domach. Rodzice do dzisiaj o tym nie wiedzą więc nawet się nie denerwowali. A od tamtych wakacji minęło już parę ładnych lat. Tej nocy grupa przyjaciół podzieliła się na dwa wrogie plemiona: Dakotów i Czipewejów. Skąd pomysł? To proste, tego lata wszyscy wręcz połykali wypożyczony z biblioteki mocno już sfatygowany i jedyny egzemplarz "Złota gór czarnych" Alfreda i Krystyny Szklarskich. Indianami zaraziła ich wychowawczyni, pani Teresa. Tuż przed wakacjami weszła na lekcję polskiego w indiańskim stroju i okrzykiem na ustach...Cała klasa zamarła...A po lekcji prawie wszyscy pobiegli do biblioteki szukać książki.
Każdy z pióropuszem na głowie zrobionym z piór, wyrwanych niepostrzeżenie kogutom z ogonów, z łukiem na plecach i strzałami u boku, stawił się nieopodal domku cioci Jagi. Dakotowie mieli tropić Czipewejów. Wódz Dakotów - Przebiegły Wąż (czyli Robert) rozpoczął wielkie odliczanie. Czipewejowie zniknęli w ciemnościach. Postanowili ukryć się na ganku domku Jagi i tam, pałaszując smakołyki podkradzione w tajemnicy z domów, zamierzali spokojnie poczekać aż Dakotowie zmęczą się poszukiwaniami. Byli pewni że żaden Dakota nie wpadnie na to żeby szukać ich w domku Jagi. Cały misterny plan wziął w łeb...Ktoś, chyba Chytry Bóbr, w ciemnościach usiadł na czymś twardym...O rany! wrzasnął w pewnym momencie. I poderwał się jak oparzony. Reszta zdezorientowana niegodnym Czipeweja zachowaniem, przy nikłym świetle latarki dostrzegła... oderwaną nogę Pinokia! Leżała w kącie na ganku, tuż przy ławie...Nieustraszeni Czipewejowie z krzykiem przerażenia na ustach uciekali na oślep przez zarośla. Tego lata dzieciarnia nie zawitała więcej w domku Jagi. Od tej nocy nazywanej Babą Jagą! Nawet zapach placków na sodzie nikogo nie zwabił...
A Jaga, w jednej chwili uwielbiana a w drugiej budząca strach! Otoczona dziećmi a za chwilę zupełnie sama! Kaprys losu czy zwykły pech?
Postscriptum: Domek istniał naprawdę. Dzieciaki buszowały po jego ogrodzie. Nocami wymykały się z domów i bawiły w podchody. Opowieść o znalezionej nodze Pinokia funkcjonowała w świadomości dzieci przez długi czas. Dopóki nie dorosły zakradały się do opuszczonego domku w poszukiwaniu śladów Pinokia i innych tajemnic. Co raz przynosząc, karmione dziecięcą wyobraźnią, jeszcze bardziej makabryczne odkrycia. Żadne nie przebiło nogi Pinokia, która jest prawdziwym odkryciem...Jak mniemam była to noga lalki, którą bawiły się dzieci państwa Jabłońskich...
niedziela, 15 maja 2016
Próbki pseudo literackie czyli gorzko-słodki smak życia. Odsłona druga
- Jestem z Tobą szczęśliwy...szepnął, przytulając ją mocno do siebie w przerwie pomiędzy szaleństwem na parkiecie. W jednej sekundzie jej oczy zwilgotniały. Nawet nie próbowała tego ukryć. Nikt nigdy w ten sposób nie zwracał się do niej...Nawet mąż. Nie to żeby jej nie kochał. Bo kochał. Tego jest pewna. Tylko pogubił się w życiu i...nie zdążył odnaleźć. Przed laty przeznaczenie weszło w ich życie bez pukania, nikogo nie pytając o zgodę! Był listopad, godzina 6 rano. Ze snu wyrwał ją dźwięk telefonu...Wiadomość, niczym scena z horroru, obudziła ją błyskawicznie. Gdy za ścianą dzieci słodko spały, śniąc swoje dziecięce sny świat rozpadał się na kawałki...Jak automat chodziła po pokoju i powtarzała w kółko: jak ja to powiem dzieciom...Boże, jak ja to powiem dzieciom!!!!!!!!!!!! Jak udało jej się przeżyć kolejne sekundy, minuty, godziny, dni, miesiące, lata...? Tego do dzisiaj nie wie. Gdyby ktoś wtedy powiedział, wytrzymaj, czas przyniesie ulgę, znów będziesz mogła oddychać i normalnie żyć... Wydrapałaby mu oczy. Po wielu latach od tamtego telefonu, którym odebrano jej nadzieję i odarto z marzeń, sama potwierdza, że czas rzeczywiście leczy, koi, łagodzi. I to nie jest banał...
Wtuliła się mocniej w otwarte dla niej ramiona. Poczuła, że wpływa do bezpiecznego portu, że czas, jak najlepszy lekarz, zrobił swoje... Zamknęła oczy...poddała się rytmowi...bo właśnie Leonard Cohen, zmysłowym głosem śpiewał ulubioną balladę "I'm Your Man". Ciepła dłoń mężczyzny, jej mężczyzny, oplatała ją w talii. Zatraciła się w tym leniwym tańcu, poddała mu się całkowicie, Tak dawno nie tańczyła. A przecież taniec zawsze sprawiał jej radość. Uwielbiała to cudowne bujanie w rytmie muzyki. Nogi same odnajdywały właściwy rytm a ona pozwalając się prowadzić tonęła w roziskrzonych, wpatrzonych w nią oczach...
Wtuliła się mocniej w otwarte dla niej ramiona. Poczuła, że wpływa do bezpiecznego portu, że czas, jak najlepszy lekarz, zrobił swoje... Zamknęła oczy...poddała się rytmowi...bo właśnie Leonard Cohen, zmysłowym głosem śpiewał ulubioną balladę "I'm Your Man". Ciepła dłoń mężczyzny, jej mężczyzny, oplatała ją w talii. Zatraciła się w tym leniwym tańcu, poddała mu się całkowicie, Tak dawno nie tańczyła. A przecież taniec zawsze sprawiał jej radość. Uwielbiała to cudowne bujanie w rytmie muzyki. Nogi same odnajdywały właściwy rytm a ona pozwalając się prowadzić tonęła w roziskrzonych, wpatrzonych w nią oczach...
sobota, 27 lutego 2016
Próbki pseudo literackie czyli rzecz o gburach, serze tradycyjnym, serniku jak marzenie i śniadaniu do łóżka!
![]() |
Fot. B.C. |
- Pogięło cię! Śniadanie do łóżka? - Wszędzie okruchy, pościel pozalewana kawą! To nie dla mnie!
- Proszę...szepnęła nieśmiało...
- To jest jakaś totalnie przereklamowana romantyczna bzdura. Nie zgadzam się! - wykrzykiwał biegając po pokoju.
- I
tak oto czar prysł! - powiedziała bardziej do siebie niż do
niego i zanurkowała pod kołdrę. Nie chciała dłużej patrzeć na
faceta, który nie ma za grosz wyczucia sytuacji! Żeby robić taką
aferę z powodu śniadania? Mógł po prostu powiedzieć, że mu się nie chce albo że jest kulinarnie niepełnosprawny!
Zrozumiałaby i sama przygotowała śniadanie dla nich dwojga, a
tak? Szkoda gadać...
Odetchnęła z ulgą gdy usłyszała zdawkowe: „muszę lecieć!" i
nic nie znaczące „zadzwonię”. Wcale nie chciała żeby
dzwonił. Owszem było jej przykro...ale...Wyskoczyła z łóżka
fałszując słynne ”...facet to świnia...” (przebój zespołu Big Cyc). Głosu to ona
zupełnie nie ma. No i co z tego. Ma za to mnóstwo innych zalet.
Potrafi na przykład upiec najlepszy na świecie sernik z truskawkami. Tajemnica
tkwi w głównym składniku jakim jest ser, koniecznie od cioci
Mieczysławy, Janki albo Wiesi. Chociaż mistrzynią w przyrządzaniu
sera metodą tradycyjną jest Mieczysława. Kobieta nowoczesna.
Prekursorka sztuki gotowania w niewielkiej wsi na Lubelszczyźnie.
Gar mleka ogrzewa się na kuchni, nie za długo bo wtedy ser będzie
zbyt suchy, nie za krótko też bo wtedy zamiast sera wyjdzie mało
apetyczna breja. Tu potrzebne jest wyczucie. To wielka sztuka,
odchodząca w zapomnienie wraz z ludźmi, niestety... Dość, że
takiej pokusie jak jej sernik z ciocinego sera nikt nie jest się w
stanie oprzeć! Może w lodówce jest jeszcze kawałek, pomyślała z nadzieją.
Może ten gbur, który właśnie zatrzasnął za sobą drzwi nie
zeżarł wszystkiego. Zaparzyła kawę w ulubionym kubku,
usiadła w ulubionym fotelu w pozie zupełnie nie pasującej do
statecznej "czterdziestki". Mieszanina smaków, kawy i niebiańskiego wręcz
sernika, podziałała kojąco. Gdzieś
przecież musi by ten
konkretny KTOŚ tylko dla niej...mężczyzna z klasą i wyczuciem, który potrafi dbać o swoją kobietę, pozytywnie zaskakiwać i okazywać uczucia!
Uwagi na marginesie: W kwestii sera i sernika rzecz jest w 100 procentach autentyczna, co do gbura wspomnianego co to zupełnie nie ma wyczucia, rzecz jest na szczęście tylko fikcją i nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Z czego, rzecz jasna, ogromnie się cieszę. A ten konkretny KTOŚ, głęboko wierzę, że istnieje na prawdę a nie jest li tylko wytworem mojej wyobraźni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)