![]() |
| Fot. M.G. |
Zdarzyło się nam, podczas spóźnionych wakacji,
przypadkiem zawędrować do Vence, uroczego miasteczka we Francji. Trafiliśmy tam
dzięki rekomendacji przyjaciół: Sabiny, Jarka i Wojtka. Gdy mówili, jedźcie do
[Wąs], w pierwszej chwili nie skojarzyłam (nie znam francuskiego), że chodzi o Vence, miasto, w którym
pięć ostatnich lat swojego życia spędził Witold Gombrowicz. Dzisiaj jest tam
muzeum pisarza. Mimo, że miasto nie jest duże, około 15 000 mieszkańców, nie
mogliśmy trafić do muzeum. Nawigacja mówiła “jesteś u celu” a my tego celu
nie widzieliśmy, mimo że stał przed nami. Kręciliśmy się w kółko dłuższą
chwilę, chłonąc atmosferę Starego Miasta. Już dzisiaj nie pamiętam w jakim
języku zapytaliśmy przechodnia o muzeum Gombrowicza. Dość, że ów człowiek,
najpierw popatrzył na nas jakoś tak dziwnie, po czym skierował nas do Villi
Alexandrine, stojącej kilka metrów od nas.
Onieśmieleni weszliśmy po drewnianych, lekko skrzypiących schodach, do mieszkania-muzeum, stając kolejny raz przed dylematem: w jakim języku zapytać o możliwość zwiedzania. Zatrzymaliśmy się w progu, zakłopotani naszą językową nieporadnością i wtedy, może za sprawą przyjaznego spojrzenia młodziutkiej pani kustosz, a może w przypływie odwagi, wypaliłam po polsku “czy możemy zwiedzić muzeum?” - w odpowiedzi pani uśmiechnęła się i najczystszą polszczyzną odpowiedziała - oczywiście, zapraszam!
Onieśmieleni weszliśmy po drewnianych, lekko skrzypiących schodach, do mieszkania-muzeum, stając kolejny raz przed dylematem: w jakim języku zapytać o możliwość zwiedzania. Zatrzymaliśmy się w progu, zakłopotani naszą językową nieporadnością i wtedy, może za sprawą przyjaznego spojrzenia młodziutkiej pani kustosz, a może w przypływie odwagi, wypaliłam po polsku “czy możemy zwiedzić muzeum?” - w odpowiedzi pani uśmiechnęła się i najczystszą polszczyzną odpowiedziała - oczywiście, zapraszam!






