Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 25 lutego 2018

Przypadki Kamili. Próbki (chyba) literackie. Odsłona czwarta

Kamila wierzyła, że w życiu nie ma przypadków. Jeżeli coś się zdarza to nie dzieje się to bez powodu. Nawet jeżeli w danej chwili trudno doszukać się głębszego sensu to wcale nie znaczy, że on nie istnieje. Myśl o kawie w ulubionej caffee w towarzystwie dwojga nieznajomych była nader kusząca. W końcu należało jej się jakieś zadośćuczynienie za tego loda, porzuconego na  deptaku. Może  kawa podziała też kojąco na ramię, w którym czuła coraz bardziej rwący ból. Justyna myślała podobnie. Na jej ulubionej torebce, mimo zabiegów, pozostała plama. Szkoda. To była najlepsza torebka, jaką miała, w dodatku obrzydliwie droga. Ale była tak śliczna i tak oryginalna, że gdy Justyna ją wypatrzyła na wystawie sklepowej, nie mogła się oprzeć. Wydała fortunę żeby tylko ją mieć. Niestety nie nacieszyła się nią długo bo jakaś oferma obrzuciła ją lodami. Ech...z drugiej strony,  to przecież,  tylko torebka...


Piotr okazał się nadzwyczaj szarmancki. W jego towarzystwie obie panie czuły się jak księżniczki. Poprowadził je do stolika, przy którym Kamila lubiła przysiadać ilekroć wpadała tutaj na kawę. A przychodziła tu często. Na początku czuła się trochę nieswojo siedząc samotnie przy stoliku. Wpatrzona w filiżankę, wypijała kawę i szybko wychodziła.  Ale to miejsce miało coś takiego co ją przyciągało, z czasem też ją oswoiło. Może była to zasługa smaku kawy, za każdym razem innego, jakby dostosowywanego do jej nastroju a może szarlotki, którą tutaj serwowano... Dość, że każde kolejne "kawowe posiedzenia" trwały coraz dłużej. Wyśmienita kawa, dodawała śmiałości, sprawiała że Kamila odważyła się  w końcu unieść głowę i...z niemałym zdziwieniem zauważyć mnóstwo intrygujących szczegółów. Na przykład, przepastną szafę, w której goście kawiarni odwieszali wierzchnie okrycia. Przy tej szafie Kamila spędzała najwięcej czasu. Z nieukrywaną przyjemnością otwierała powoli jej drzwi, wsłuchiwała się w ich skrzypienie. Podobne dźwięki zapamiętała z dzieciństwa. W domu babci stała szafa, osadzona na uroczo pękatych, rzeźbionych nóżkach...skrzypiała podobnie. Babci już nie ma, z szafy pozostało niewiele...i tylko znajome skrzypienie sprawiało, że oczy nagle wilgotniały.
- Kamila!!! Justyna mówiła coś i szarpała ją za rękę.
- Czemu wrzeszczysz mi do ucha, przecież nie jestem głucha! - odburknęła zirytowana Kamila
- No właśnie tego nie jestem pewna. Mówię do ciebie już od kilku minut a ty nie reagujesz tylko gapisz się na szafę.
- Zamyśliłam się. Przepraszam! - szepnęła zawstydzona Kamila i dla odmiany zapatrzyła się na Piotra. Justyna robiła to samo. Właśnie opowiadał zabawną historię o tym jak założył się z kolegą o czerwone półbuty i co z tego wynikło. Był przy tym śmiertelnie poważny a one pokładały się ze śmiechu. Justyna trzymała się za brzuch a Kamila o mało nie spadła z krzesła. Historia, której chwilę wcześniej,  wszyscy troje byli bohaterami  - jak nic - nadawała się do kabaretu. Miał chłopak talent.
Wśród śmiechów kelner postawił przed nimi najeżone owocami lodowe puchary i filiżanki z kawą: latte dla Justyny, americano dla Kamili i podwójne espresso dla Piotra. Wszyscy troje, jak na komendę, zanurzyli łyżeczki w lodowej masie...mmmm...wydali błogie  westchnienia i sięgnęli po boski napój... W ułamku sekundy uśmiech na twarzy Kamili zamienił się w grymas bólu...filiżanka z z głośnym hukiem spadła na blat stołu...drobinki porcelany i czarnego płynu były wszędzie a rozmowy zostały urwane w pół słowa...Konsternacja na krótką chwilę opanowała wnętrze przytulnej kawiarenki. Pierwszy ocknął się Piotr. Błyskawicznie znalazł się przy Kamili. - Patrzył na nią z taką troską, że się rozkleiła.
- Tak strasznie mnie boli - wyszeptała.
- Zawiozę cię do szpitala. Tę rękę musi obejrzeć lekarz. Dasz radę dojść na Plac Katedralny? Tam mam auto. Kamila w odpowiedzi skinęła tylko głową.
Justyna została żeby uporządkować sprawy w kawiarni. W ostatniej chwili wcisnęła Piotrowi swoją wizytówkę. Zrozumiał. - Zatelefonuję jak tylko będę coś wiedział. Szedł, podtrzymując Kamilę, a jednocześnie uważając na swoje stopy ciągle w tych, przyciągających kłopoty, czerwonych półbutach Przemka. W myślach wyzywał się od idiotów. No bo jak można ubrać dwa numery za duże buty i paradować w nich po mieście. Jednocześnie martwił się o Kamilę. Miał cichą nadzieję, że ten ból to tylko efekt mocnego szarpnięcia, które jej zafundował, w swojej głupocie. W szpitalu na pewno pomogą. Uczepił się tej myśli i zaczął paplać coś trzy po trzy. Droga na parking wydawała się być nieskończenie długa...

4 komentarze: