Łączna liczba wyświetleń

piątek, 27 lutego 2026

Z dala od rodzinnego miasta, lecz zawsze blisko sercem

Środa 25 lutego 2026 r., godz. 8.07 rano. Powoli witam dzień ale jakoś tak opieszale mi idzie wybieranie się do pracy. Z porannego “rozmemłania” wyrywa mnie dzwonek telefonu. Na wyświetlaczu pojawia się Aleksander Kryska. Zanim naciskam zieloną słuchawkę czuję smagnięcie niepokoju po plecach. Pan Aleksander nie dzwoniłby o 8 rano żeby pogadać. Jest na to zbyt dobrze wychowany, wiadomo, stara szkoła: takt, kultura w relacjach, elegancja, dystans do siebie i otaczającej rzeczywistości. Wyjątkowe poczucie humoru. Przeczucie mnie nie zmyliło. To nie był Pan Aleksander. W słuchawce wybrzmiewa obcy głos: mówi Krzysztof Kryska, mama prosiła żebym do pani zadzwonił: “Tata zmarł dzisiaj rano”... Boże, zdołałam wykrztusić… No bo co można powiedzieć w takiej sytuacji. Każde słowo wydaje się być nie na miejscu… Moja znajomość z Panem Aleksandrem, rodowitym Bychawianinem, miała wyjątkowy charakter. Choć wiele lat temu wyjechał na północ Polski, w okolice Olsztyna, i tam wraz z rodziną budował swoje życie, pozostał emocjonalnie związany ze swoim rodzinnym miastem - Bychawą. Mimo upływu lat i dzielącej odległości nigdy nie utracił więzi z rodzinnym miastem. Z zainteresowaniem śledził jego rozwój, przemiany społeczne i kulturalne, pozostając uważnym obserwatorem lokalnych spraw. Namiętnie kolekcjonował “Głos Ziemi Bychawskiej” z dodatkiem “Głos Regionalistów”, gdzie publikowano Jego wspomnienia. W swojej domowej biblioteczce zgromadził wszystkie publikacje wydane przez Bychawskie Towarzystwo Regionalne. Sam też jest autorem niewielkiej publikacji “Dzieje rodu Krysków”, która znajduje się w zbiorach bychawskiej książnicy a także rozdziału pt. “O dobrych ludziach z Bychawy” w publikacji zbiorowej, wydanej nakładem BTR “Miasto moje, a w nim…Niezwykłe historie, zwykłych ludzi”, w której opisał relacje dobrosąsiedzkie. Dzisiaj już nie pamiętam początku znajomości z Panem Aleksandrem. Ślady w poczcie mailowej sięgają 2014 r. kiedy to na bazie wspomnień śp. Wiesława Boguty tworzyłam cykl artykułów pod wspólnym tytułem “Wspomnienia małego łobuziaka”, traktujący o życiu codziennym Bychawian w latach 50.,60.70. XX w. Pan Aleksander żywo reagował na te zapiski, komentował je i dopowiadał szczegóły. Nasza relacja od początku opierała się na rozmowach telefonicznych i korespondencji mailowej. Jako bibliotekarka i regionalistka szczególnie ceniłam jego wspomnienia – barwne, pełne detali opowieści o realiach życia w Bychawie lat 50. i 60 XX wieku. Pan Aleksander chętnie dzielił się swoimi przeżyciami, a także publikował teksty wspomnieniowe na łamach “Głosu Ziemi Bychawskiej” , utrwalając obraz codzienności mieszkańców miasta. Z czasem ta znajomość, początkowo oparta na wspólnej pasji badania historii lokalnej i dokumentowania losów mieszkańców, przerodziła się w serdeczną przyjaźń. Łączyła nas troska o pamięć miejsca oraz przekonanie, że historia małych miast tworzy się poprzez opowieści zwykłych ludzi. Była to relacja budowana na słowie – mówionym i pisanym – (rozmowy telefoniczne, maile) ale mimo dzielącej nas odległości, bardzo bliska i autentyczna. Uwielbiałam słuchać jak z czułością i ciepłem w głosie pan Aleksander opowiadał o swojej żonie, z dumą o dzieciach i wielką radością chwalił się wnuczętami. Ogromnie żałuję, że nie dane mi było poznać Pana Aleksandra i Jego rodziny osobiście. Jestem natomiast ogromnie wdzięczna Losowi, że postawiłna mojej drodze tak wyjątkowego człowieka, a także za liczne rozmowy, maile, za życzenia imieninowe i świąteczne, za mnóstwo dobrych słów, które inspirowały, dodawały otuchy i wiary w to, że wszystko się uda. Za to wszystko, z całego serca dziekuję! Spoczywaj w pokoju! Kolejny raz Opatrzność wysyła sygnał: nie odkładaj niczego na później bo to "później" może nigdy nie nadejść.

niedziela, 1 czerwca 2025

Żegnaj! Historii z czerwonymi butami w tle odcinek siedemnasty

Przemek z rezygnacją opadł na kanapę, komórkę rzucił niedbale na podręczny stolik. - No i co robić? - zapytał sam siebie. Lecieć na wezwanie kumpla czy zwyczajnie go olać? Nie chciało mu się wychodzić z domu. W ogóle nie chciało mu się spotykać z ludźmi, rozmawiać z nimi, szczerzyć się w uśmiechach. Najchętniej wsiadłby na motor i pojechał hen… Dokąd? - Nieważne, byleby jak najdalej stąd. Rozstanie z “piękną panią doktor” dało mu w kość. Stracił czujność, przyzwyczaił się do spokojnego życia tylko we dwoje, wyznaczonego przez grafik jej dyżurów w szpitalu. Było mu tak dobrze i wygodnie. Ona świetnie gotowała, w dodatku lubiła to robić, więc w lodówce zawsze znajdował coś pysznego. Ona też, przynosiła bilety do teatru czy na koncerty, które dostawała jako dowody wdzięczności od pacjentów. Chodzili na wszystkie wydarzenia a było tego całkiem sporo. Raz przyniosła bilety na żużel. Poszli bo nikt ze znajomych nie miał czasu i ochoty wykorzystać biletów a im było szkoda żeby się zmarnowały. Teraz są, a raczej byli, zagorzałymi fanami tego sportu. Nawet romantyczne kolacje przygotowywała ona, no chyba że gdzieś wychodzili a - teraz dopiero to do Przemka dotarło - wychodzili rzadko. Do jego obowiązków należało pilnować aut, żeby były na czas opłacone, zatankowane i sprawne i robił to, bo lubił. Spłacał też kredyt za mieszkanie. Kupił je jeszcze zanim poznał Dorotę. Przemek czuł się jakby złapał pana Boga za nogi. Jego dziewczyna była śliczna, mądra, delikatna, taktowna. Jego rodzice i przyjaciele uwielbiali ją. Myślał, że tak będzie zawsze, że ta sielanka będzie trwała, że razem się zestarzeją. Ale banał! Może i banał, ale on wierzył w to. Niestety zapomniał o złotych radach jakich mu udzielała mama. Odkąd skończył 15 lat kładła mu do głowy mądrości pod tytułem: “Jak się obchodzić z dziewczynami?”. Do znudzenia powtarzała, że o związek muszą dbać obie strony, ale to mężczyzna musi się starać bardziej, dbać o swoją partnerkę, tak żeby w każdej chwili czuła się kochana i najważniejsza. Wkurzały go te gadki. Doskonale wiedział, że facet ma dbać o kobietę. Wiedział to i wydawało mu się, że tak własnie jest, że on dba o Dorotę. Właśnie, wydawało mu się. Teraz, jak patrzy na ostatnie lata to dochodzi do wniosku, że tak naprawdę to on nie robił nic żeby podtrzymać ogień w związku, on po prostu był i tyle bo tak mu było wygodnie. Ona czasami dawała mu delikatnie do zrozumienia, że coś nie gra ale nigdy nie naciskała, nie drążyła tematu więc z czasem uznawał sprawę za niebyłą. No i stało się, stracił czujność i został sam w kupionym na kredyt mieszkaniu. Dorota, któregoś dnia spakowała walizkę i opuściła mieszkanie, zostawiła krótki list: "Dziekuję za wszystko ale dłużej tak żyć nie dam rady! Wybrałeś niewłaściwy klucz. Żegnaj Przemuś!"

czwartek, 31 października 2024

Ostatnia ziemska droga

Jutro uroczystość Wszystkich Świętych, pojutrze Dzień Zaduszny. Myśli o Bliskich, Przyjaciołach, Znajomych, którzy odeszli do - mam nadzieję - lepszego świata, towarzyszą mi od kilku dni. Dzień po smutnej uroczystości pożegnania Kolegi i dobrego Sąsiada napisałam krótką refleksję, którą dzisiaj chcę się podzielić. Byłam tam. Na katafalku, tuż przed ołtarzem stała trumna z tabliczką z Twoim imieniem i nazwiskiem. Na ławce, ustawionej przed trumną, spowici w smutną czerń siedzieli Twoi najbliżsi: córka, syn i zięć. Za plecami słyszałam placz, co chwila docierał do mnie z trudem tłumiony czyjś szloch. Nie wiedziałam czyj, zresztą byłam pochłonięta własnym smutkiem, a raczej próbą wytłumaczenia sobie samej co ja tutaj robię? Przecież to niemożliwe żebym uczestniczyła w Twojej ostatniej ziemskiej drodze? Na cmentarzu widziałam jak trumna znika w otchłani grobu. Widziałam to wszystko ale i tak nie docierało do mnie, że wieczorem nie spotkam Cię na zakupach. Od wczoraj, gdy dowiedziałam się o Twoim nagłym odejściu, nomen omen, właśnie na zakupach, moja świadomość nie chce przyjąć do wiadomości faktów. No bo jak to możliwe? Przecież zaledwie 4 lata temu wielkim szokiem dla wszystkich było odejście Twojej żony. Pamiętam jeszcze ten ogromny żal, niedowierzanie i bunt po stracie Przyjaciółki. Mimo, że Ona, chorobą próbowała nas przygotować na najgorsze. Nie udało się. Tamten mój ból był zapewne tylko ułamkiem bólu jaki stał się udziałem Najbliższych. Wiem, rozumiem, wyobrażam sobie bo mam za sobą podobną traumę. Lubiłam Was oboje, bywałam w Waszym domu. Zawsze gościnni, serdeczni, otwarci, chętni do pomocy. I znowu, podobnie jak przed czterema laty, spokoju nie dają pytania; dlaczego? Przecież za kilka miesięcy zamierzałeś przejść na emeryturę? Przecież ból po tamtej stracie trochę zelżał. Opatrzność czuwała, przynosiła dobre zmiany... Więc dlaczego teraz, tak bez uprzedzenia, wszystko zabrała? Tak jak przed czterema laty!

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Spotkanie. Historii z czerwonymi butami w tle odcinek szesnasty

 https://miedzy-slowami.com.pl/
 Zobaczył ją jak wchodzi do kawiarni, mija   zawieszoną  u sufitu huśtawkę, rozgląda się   niepewnie... Nie od razu wyszedł jej na spotkanie.   Przyglądał się jej ukryty w przytulnym kąciku za   regałem z książkami. Zmieniła się przez miniony rok,   rozjaśniła włosy, na nosie miała  okulary w delikatnej   oprawie, nabrała przyjemnych krągłości. Chętnie   jeszcze by na nią popatrzył ale nie wypadało żeby   czekała. W końcu to on zaprosił ją tutaj. Hej, Justyna!   Piotr wyszedł z ukrycia. -  Dawno się nie widzieliśmy. - Tak, to był zwariowany rok, poza tym, nie odzywałeś się... zawiesiła głos i zapatrzyła się w jakiś punkt poza nim. - Głupia sprawa, ale utopiłem telefon w toalecie i wszystkie kontakty, zdjęcia i inne dane poszły się bujać. Chodź, zająłem dla nas przytulny kącik. Będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Usiądź proszę. To co? Szarlotka z lodami  i kawa? - Tak, poproszę. Piotr przywołał kelnerkę. - Opowiadaj, cały zamieniam się w słuch.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Rok przerwy

 

To był intensywny rok, w pracy, w życiu... Zapomniałam też hasło do bloga. Na szczęście udało się je odzyskać. No i ochota do pisania wróciła bo różnie z tym bywało ostatnio. Było ciężko, momentami nawet bardzo... ale to wszystko nic bo wszystkie trudności  przyćmił ogrom życzliwości, wsparcia, dobrych słów i konkretnej pomocy jakie otrzymałam przez ostatni rok, przede wszystkim od rodziny i kogoś bliskiego mojemu sercu ale też od przyjaciół i od zupełnie obcych ludzi. Wiecie jakie to jest cudowne uczucie gdy do świadomości dociera fakt, że nie jesteś sama/sam!, że masz z kim dzielić wszystko to co dzieje się wokół Ciebie, czy to dobrego czy złego? Wszystkim, których spotkałam na swojej drodze w ciągu minionego roku, z serca dziękuję! Jesteście cudowni! Kocham Was!

sobota, 23 kwietnia 2022

Sałatka "na winie"

 


Co się nawinie to do sałatki! Ot i cała tajemnica nazwy. Rozpieszczeni świątecznymi smakołykami szukaliśmy czegoś co nadawałoby się na kolację. Szybki przegląd domowych zasobów i...tadam! Sałatka gotowa:

  • Paczkę kolorowego makaronu kokardki, ugotowałam w osolonej wodzie z dodatkiem łyżki oleju
  • Czerwoną paprykę pokroiłam w drobną kostkę
  • Polędwiczki panierowane z kurczaka pokroiłam w kostkę i podsmażyłam na chrupiąco na patelni. Użyłam polędwiczek panierowanych bo takie miałam w lodówce ale równie dobrze można podsmażyć pierś z kurczaka w ulubionych przyprawach
  • Mały kawałek sera żółtego starłam na tarce jarzynowej
  • Kilka suszonych pomidorów pokroiłam na drobno
  •  Pół puszki kukurydzy odsączyłam z zalewy
  • Ziarna słonecznika podprażyłam na suchej patelni
  • Pieprz do smaku

Wszystkie składniki, oprócz słonecznika, wymieszałam w salaterce. Słonecznik podałam w oddzielnej miseczce. Nie każdy lubi ziarna w sałatce. Danie wyglądało smakowicie i kolorowo. 

Ps. I tutaj nastąpiła chwila wahania. Dodać trochę majonezu? A może trochę oliwy spod pomidorów czy może sosu greckiego? Ostatecznie rodzinna komisja, po kilku próbach smaku, uznała, że każda wersja jest bardzo dobra ale najlepsza taka bez dodatków majonezu czy sosu, posypana tylko ziarnami słonecznika. 

Zdjęcia niestety nie zrobiłam dlatego wstawiam poglądowe z internetu.

sobota, 1 stycznia 2022

Tajemniczy sms. Historii z czerwonymi butami w tle odcinek piętnasty

 

Noworoczne spotkania były nieodłącznym elementem końca roku. Szefowa miała hopla na tym punkcie. Choćby mieli największy kocioł w pracy, choćby się waliło, paliło, wszyscy, bez wyjątku, dzień przed Sylwestrem punkt 15 mieli obowiązek pojawić się w sali konferencyjnej. A tam czekały na nich przygotowane słodkości, lampka dobrego szampana i szefowa obdarowująca każdego dobrym słowem i jakimś miłym drobiazgiem. Piotr bardzo lubił te spotkania. Generalnie dobrze im się razem pracowało. Zdarzały się czasem jakieś nieporozumienia, ktoś komuś nadepnął na odcisk ale podczas tych noworocznych spotkań oczyszczali atmosferę, to co było niedobre zostawiając w starym roku. Zasada była prosta - nikt się w tym dniu nie obrażał a uwagi kolegów przyjmował na klatę. Dzięki temu w Nowy Rok wchodzili z uśmiechem i w pełnej zgodzie ze sobą. Piotrowi bardzo to odpowiadało. Lubił te spotkania.  Nawet kiepskie żarty kolegów w tym dniu, wyjątkowo go nie raziły. Jednak dzisiaj, coś z nim było nie tak, gdy ktoś, unosząc kieliszek z szampanem w jego stronę, życzył mu szampańskiego Sylwestra, poczuł się dziwnie. W jednej chwili jego idealny plan na sylwestrowy wieczór stracił urok. Zamierzał ten jedyny w roku wieczór spędzić w dresie, na kanapie, z książką,  michą sałatki i może jakimś drinkiem albo kieliszkiem wina.