Młoda kapusta ze śmietaną...pewnie jest to danie stare jak świat. Nie dla mnie. Koleżanka w pracy ostatnio napomknęła, że będzie gotowała bo to takie pyszne jest. Na pytanie jak to się robi? - Odpowiedziała zdawkowo: kapusta, trochę kiełbasy, śmietana i już. Kapusta ze śmietaną? - Nie przekonuje mnie takie połączenie. Ale następnego dnia, gdy na straganie zobaczyłam młodą kapustę, nie mogłam się oprzeć. Kupiłam. Przekopałam internet w poszukiwaniu receptury. I się zniechęciłam. Co robić? Króliki pewnie nie pogardziłyby liśćmi kapusty na obiad. Ostatecznie jednak szkoda mi się zrobiło świeżutkiej kapuścianej głowy. Skorzystałam z doświadczenia Mamy, która co prawda zarzekała się, że nigdy kapusty ze śmietaną nie gotowała więc nie umie mi pomóc, ale udzieliła cennej wskazówki, młodą kapustę wystarczy sparzyć wrzątkiem. Zaopatrzona w podstawową wiedzę postanowiłam przyrządzić kapuściane danie "na oko" i "na wyczucie".
Przystanek "czterdziestka" nie wziął się znikąd. Delektuję się swoją 40-tką, cieszę dojrzałością, świadomością atutów i zalet, możliwością spełniania marzeń. Piszę ten blog bo pisanie jest dla mnie jak oddychanie. Będzie w nim o codzienności, zwyczajnie pięknej, o radości czerpanej z drobiazgów, o przeczytanych książkach, o podróżach, o odkrywaniu nowych smaków, miejsc, wrażeń...To jest jak poemat na cześć najpiękniejszego okresu w życiu...
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 31 maja 2020
sobota, 23 maja 2020
W salonie Świata. Notatki z podróży
![]() |
Fot. M.G. |
Zdarzyło się nam, podczas spóźnionych wakacji,
przypadkiem zawędrować do Vence, uroczego miasteczka we Francji. Trafiliśmy tam
dzięki rekomendacji przyjaciół: Sabiny, Jarka i Wojtka. Gdy mówili, jedźcie do
[Wąs], w pierwszej chwili nie skojarzyłam (nie znam francuskiego), że chodzi o Vence, miasto, w którym
pięć ostatnich lat swojego życia spędził Witold Gombrowicz. Dzisiaj jest tam
muzeum pisarza. Mimo, że miasto nie jest duże, około 15 000 mieszkańców, nie
mogliśmy trafić do muzeum. Nawigacja mówiła “jesteś u celu” a my tego celu
nie widzieliśmy, mimo że stał przed nami. Kręciliśmy się w kółko dłuższą
chwilę, chłonąc atmosferę Starego Miasta. Już dzisiaj nie pamiętam w jakim
języku zapytaliśmy przechodnia o muzeum Gombrowicza. Dość, że ów człowiek,
najpierw popatrzył na nas jakoś tak dziwnie, po czym skierował nas do Villi
Alexandrine, stojącej kilka metrów od nas.
Onieśmieleni weszliśmy po drewnianych, lekko skrzypiących schodach, do mieszkania-muzeum, stając kolejny raz przed dylematem: w jakim języku zapytać o możliwość zwiedzania. Zatrzymaliśmy się w progu, zakłopotani naszą językową nieporadnością i wtedy, może za sprawą przyjaznego spojrzenia młodziutkiej pani kustosz, a może w przypływie odwagi, wypaliłam po polsku “czy możemy zwiedzić muzeum?” - w odpowiedzi pani uśmiechnęła się i najczystszą polszczyzną odpowiedziała - oczywiście, zapraszam!
Onieśmieleni weszliśmy po drewnianych, lekko skrzypiących schodach, do mieszkania-muzeum, stając kolejny raz przed dylematem: w jakim języku zapytać o możliwość zwiedzania. Zatrzymaliśmy się w progu, zakłopotani naszą językową nieporadnością i wtedy, może za sprawą przyjaznego spojrzenia młodziutkiej pani kustosz, a może w przypływie odwagi, wypaliłam po polsku “czy możemy zwiedzić muzeum?” - w odpowiedzi pani uśmiechnęła się i najczystszą polszczyzną odpowiedziała - oczywiście, zapraszam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)